01.01.2026, 13:18 ✶
Słowa otulały jak śnięto otulał świat. Brak liści był w pewien sposób bolesny, ale zima była czasem odpoczynku i regeneracji. Biel. Czerń. A wśród tego czerwień…
Zatopił swoje palce w jej włosach, opuszkami palców łagodnie rozmasowując skórę. Sploty puszczały pod naporem delikatnej, nienachalnej przyjemności, która była w takim samym stopniu dziwna, obca, co perfekcyjnie znajoma. Kojące gesty, dla niej, dla niego.
Czerwona wstążka zaplątana w palce, soczystym karminem osładzająca przestrzeń.
Jej szyja nie niosła pulsu, kuszącej obietnicy posiłku, przedłużenia życia, zachowania ciągłości wampirzej egzystencji. A jednak miał wrażenie, że jej obecność wciąż stanowi coś istotnego, esencję. Przetrwanie.
Czerwone wstążki łagodnie falowały na wietrze, spokojnym oddechu świata, po minionej śnieżycy. Czerwone kokardy zdobiły jemioły zawieszone na rusztowaniu sufitu utworzonego ze splecionych gałęzi pochylających się nad nimi drzew.
Jej słowa, tembr głosu tak słodki nawet gdy mówiła o pasożytach, w pierwszej chwili nie chciał nawet rozumieć o co konkretnie chodzi.
- Do trzech razy sztuka? - zapytał miękko odsuwając się powoli, na zdecydowanie mniejszą odległość niż być może powinien chcąc przecież jeszcze kilka dni temu tak rozpaczliwie pozostawić ich stan przyjacielskim. Teraz jednak miał poczucie, jakby czubkiem nosa gładził najmiększe z płatków ukochanych róż. Jakby mógł poczuć jej słodki zapach i przez moment, przez krótki moment poczuł się tak, jakby jego zbyt długie życie wypełnione bluźnierstwem i zbrodnią znalazło się w odwróceniu.
Jakby znów miał duszę.
- Wiesz, że to przynosi pecha? Gdy nie podąża się za obyczajem? - błękitne oczy zapadały się w spojrzeniu kobiety, która w przeciwieństwie do młódki sprzed dwóch wieków czuła już egzystencjalny ciężar i wszechogarniający nihilizm. Taplała się w pytaniu „Po co?”, ciężar powiek każdego zmroku stawał się coraz trudniejszy do powstrzymania. Zrozumienie. Wzjamność. Magia, której nigdy nie oczekiwał się w swoim życiu spotkać. Nigdy więcej.
Dłonią objął porcelanowy policzek, nie potrzebował podnieść oczu by widzieć poszum trwających w oczekiwaniu jemioł. Mroźne powietrze wzbiło śnieg, iskrzącą mgiełką, gdy w końcu przełamał ostatni blat lodu, całując miękkie usta. Ani ciepłe, ani zimne. Takie same jak jego.
Zatopił swoje palce w jej włosach, opuszkami palców łagodnie rozmasowując skórę. Sploty puszczały pod naporem delikatnej, nienachalnej przyjemności, która była w takim samym stopniu dziwna, obca, co perfekcyjnie znajoma. Kojące gesty, dla niej, dla niego.
Czerwona wstążka zaplątana w palce, soczystym karminem osładzająca przestrzeń.
Jej szyja nie niosła pulsu, kuszącej obietnicy posiłku, przedłużenia życia, zachowania ciągłości wampirzej egzystencji. A jednak miał wrażenie, że jej obecność wciąż stanowi coś istotnego, esencję. Przetrwanie.
Czerwone wstążki łagodnie falowały na wietrze, spokojnym oddechu świata, po minionej śnieżycy. Czerwone kokardy zdobiły jemioły zawieszone na rusztowaniu sufitu utworzonego ze splecionych gałęzi pochylających się nad nimi drzew.
Jej słowa, tembr głosu tak słodki nawet gdy mówiła o pasożytach, w pierwszej chwili nie chciał nawet rozumieć o co konkretnie chodzi.
- Do trzech razy sztuka? - zapytał miękko odsuwając się powoli, na zdecydowanie mniejszą odległość niż być może powinien chcąc przecież jeszcze kilka dni temu tak rozpaczliwie pozostawić ich stan przyjacielskim. Teraz jednak miał poczucie, jakby czubkiem nosa gładził najmiększe z płatków ukochanych róż. Jakby mógł poczuć jej słodki zapach i przez moment, przez krótki moment poczuł się tak, jakby jego zbyt długie życie wypełnione bluźnierstwem i zbrodnią znalazło się w odwróceniu.
Jakby znów miał duszę.
- Wiesz, że to przynosi pecha? Gdy nie podąża się za obyczajem? - błękitne oczy zapadały się w spojrzeniu kobiety, która w przeciwieństwie do młódki sprzed dwóch wieków czuła już egzystencjalny ciężar i wszechogarniający nihilizm. Taplała się w pytaniu „Po co?”, ciężar powiek każdego zmroku stawał się coraz trudniejszy do powstrzymania. Zrozumienie. Wzjamność. Magia, której nigdy nie oczekiwał się w swoim życiu spotkać. Nigdy więcej.
Dłonią objął porcelanowy policzek, nie potrzebował podnieść oczu by widzieć poszum trwających w oczekiwaniu jemioł. Mroźne powietrze wzbiło śnieg, iskrzącą mgiełką, gdy w końcu przełamał ostatni blat lodu, całując miękkie usta. Ani ciepłe, ani zimne. Takie same jak jego.