01.01.2026, 18:16 ✶
– Uspokoiłaś mnie. Już zacząłem sądzić, że jest trochę prawdy w tych plotkach o tym, jak straszni są Lestrangowie… – stwierdził Christopher, choć raczej był to zapewne żart czy faktyczna opinia, a nawiązywał niewątpliwie do plotek o mrocznych alchemikach gdzieś z Francji.
Lojalność. Nie mógł powiedzieć czy jest szczególnie lojalny wobec Rosierów, a już na pewno nie był wobec Selwynów. Z pewnością jego lojalność mieli rodzice – i przede wszystkim Dom Mody, a w konsekwencji w pewnym sensie także zapewniało pewny stopień wsparcia także powiązanym z nim krewnym… ale nie oznaczało to, że same więzy krwi były dla niego aż tak ważne.
Przy Lestrangach czy Blackach jednak nie spodziewał się właściwie niczego innego.
– Dobrze. Zaryzykuję przemianę w elfa, ale robię to tylko dla ciebie – powiedział, trochę cierpiętniczym tonem, choć w istocie nie sądził, aby fontanna go przemieniła we wróżkę. Zbyt wiele materiałów pewnie by potrzeba, aby napełnić ją całą eliksirem, wywołującym taki efekt: wątpił, aby nawet bogata rodzina zdecydowała się tutaj na coś takiego. – Trzymam cię za słowo, Victorio Lestrange. Nie rzucaj mnie na pastwę innych dam, także wróżkowych – oświadczył, przystając i unosząc na moment jej dłoń do ust.
Może powiedziałby coś o tym, że kuzyn traktowany jako brat liczył się jak najbardziej. Ale znaleźli się już blisko oranżerii i zamiast fontanny z winem na razie zobaczył pnącza, porastające oranżerię, a kątem oka wyłapał coś… coś co zwróciło jego uwagę. Obrócił głowę ku szklanym panelom: jeden z nich pokrywała cieniutka sieć pęknięć. I już nawet to mogło dziwić w miejscu, o które tak starannie dbali pracownicy i członkowie rodziny.
Ale tym, co sprawiło, że po plecach Christophera przeszedł zimny dreszcz, były odciski drobnych, jakby dziecięcych dłoni, które zaczęły pojawiać się na szybie. Nie był osobą ze skłonnościami do doszukiwania się niebezpieczeństw czy nawet kimś bardzo czujnym: ale wbrew pozorom odznaczał się dużą wyobraźnią i atmosfera pełnego ciemnych róż ogrodu w połączeniu z widokiem tych odcisków na niego podziałała.
– Victorio? Widzisz to? – spytał, mocniej ściskając jej rękę i ruchem głowy wskazując na oranżerię. Cichą. Ciemną. Dziwne, że pustą, podczas balu spodziewałby się, że umknie tu niejedna para… ale może teraz wszystkich przyciągała licytacja i dopiero potem goście w większej liczbie zaczną szukać w ogrodach chwili wytchnienia albo szansy na romantyczny spacer? – Chyba o tej porze w oranżerii nie powinno być dzieci.
Lojalność. Nie mógł powiedzieć czy jest szczególnie lojalny wobec Rosierów, a już na pewno nie był wobec Selwynów. Z pewnością jego lojalność mieli rodzice – i przede wszystkim Dom Mody, a w konsekwencji w pewnym sensie także zapewniało pewny stopień wsparcia także powiązanym z nim krewnym… ale nie oznaczało to, że same więzy krwi były dla niego aż tak ważne.
Przy Lestrangach czy Blackach jednak nie spodziewał się właściwie niczego innego.
– Dobrze. Zaryzykuję przemianę w elfa, ale robię to tylko dla ciebie – powiedział, trochę cierpiętniczym tonem, choć w istocie nie sądził, aby fontanna go przemieniła we wróżkę. Zbyt wiele materiałów pewnie by potrzeba, aby napełnić ją całą eliksirem, wywołującym taki efekt: wątpił, aby nawet bogata rodzina zdecydowała się tutaj na coś takiego. – Trzymam cię za słowo, Victorio Lestrange. Nie rzucaj mnie na pastwę innych dam, także wróżkowych – oświadczył, przystając i unosząc na moment jej dłoń do ust.
Może powiedziałby coś o tym, że kuzyn traktowany jako brat liczył się jak najbardziej. Ale znaleźli się już blisko oranżerii i zamiast fontanny z winem na razie zobaczył pnącza, porastające oranżerię, a kątem oka wyłapał coś… coś co zwróciło jego uwagę. Obrócił głowę ku szklanym panelom: jeden z nich pokrywała cieniutka sieć pęknięć. I już nawet to mogło dziwić w miejscu, o które tak starannie dbali pracownicy i członkowie rodziny.
Ale tym, co sprawiło, że po plecach Christophera przeszedł zimny dreszcz, były odciski drobnych, jakby dziecięcych dłoni, które zaczęły pojawiać się na szybie. Nie był osobą ze skłonnościami do doszukiwania się niebezpieczeństw czy nawet kimś bardzo czujnym: ale wbrew pozorom odznaczał się dużą wyobraźnią i atmosfera pełnego ciemnych róż ogrodu w połączeniu z widokiem tych odcisków na niego podziałała.
– Victorio? Widzisz to? – spytał, mocniej ściskając jej rękę i ruchem głowy wskazując na oranżerię. Cichą. Ciemną. Dziwne, że pustą, podczas balu spodziewałby się, że umknie tu niejedna para… ale może teraz wszystkich przyciągała licytacja i dopiero potem goście w większej liczbie zaczną szukać w ogrodach chwili wytchnienia albo szansy na romantyczny spacer? – Chyba o tej porze w oranżerii nie powinno być dzieci.