01.01.2026, 20:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.01.2026, 20:21 przez Brenna Longbottom.)
Być może gdzieś w podświadomości Brenny tkwiła myśl, że to tylko sen. Śniła już podobne i tylko ze snów znała tego człowieka, teraz odzianego w szatę śmierciożercy, ale nie kryjącego twarzy. Gdy jednak biegła ku podwyższeniu, spychając sobie z drogi nieruchomych kolegów, nie doszukiwała się nieścisłości, nie zastanawiała nad tym, czy to koszmar, czy prawda: liczyło się tylko to, by dotrzeć do Roberta.
Wskoczyła na scenę o sekundę za późno, aby powstrzymać napastnika przed obaleniem Croucha i przelaniem krwi. I ani o sekundę za wcześnie, by powstrzymać go przed wbiciem noża w gardło sędziego Wizengamotu.
Z całej siły wymierzyła kopniaka w łokieć mężczyzny, by zmusić go do wypuszczenia noża, a potem chwyciła łysawego napastnika, zdzierając go z Roberta, odpychając w bok…
Czy oberwę w szarpaninie? Af
Potoczyli się oboje po scenie. Krępy człowiek jakby utracił część swojej nadzwyczajnej siły może bo nie był to sen Brenny: może jej nie mógł kontrolować? A może to też była część jego dziwnej zabawy?, i zdołała go z siebie zrzucić, gdy znalazł się na chwilę na górze. Śmierciożerca – nie – śmierciożerca spadł ze sceny, prosto pomiędzy ludzi, wciąż szepcących pomiędzy sobą lub wpatrujących się w scenę, ale nie próbujących nijak pomóc. Brenna zaś poderwała się i wyciągnęła różdżkę, ale gdy ją wycelowała, widziała tylko morze głów: nie mogła dostrzec celu.
Instynkt wzywał do pościgu. Wilki ścigały ofiary. Ale w głowie tłukła się pierwsza zasada ochrony: nie spuszczasz oczu ze swojego podopiecznego, jeśli nie masz innego przydziału. A teraz nie było nikogo, kto strzegłby Roberta, zupełnie jakby wszyscy tu zostali zaklęci…
– Robert! – zawołała, rzucając się z powrotem ku niemu, by sprawdzić, jak bardzo jest ranny i pobladła, gdy zobaczyła krew. – Trzeba cię stąd natychmiast zabrać.
Nie pochyliła się jednak na nim, wciąż z różdżką w dłoni, bo wszystko było tu tak strasznie nie tak… i ci ludzie zachowywali się tak okropnie dziwnie… czy to…
…czy to w ogóle była rzeczywistość?
Wskoczyła na scenę o sekundę za późno, aby powstrzymać napastnika przed obaleniem Croucha i przelaniem krwi. I ani o sekundę za wcześnie, by powstrzymać go przed wbiciem noża w gardło sędziego Wizengamotu.
Z całej siły wymierzyła kopniaka w łokieć mężczyzny, by zmusić go do wypuszczenia noża, a potem chwyciła łysawego napastnika, zdzierając go z Roberta, odpychając w bok…
Czy oberwę w szarpaninie? Af
Rzut PO 1d100 - 49
Sukces!
Sukces!
Potoczyli się oboje po scenie. Krępy człowiek jakby utracił część swojej nadzwyczajnej siły może bo nie był to sen Brenny: może jej nie mógł kontrolować? A może to też była część jego dziwnej zabawy?, i zdołała go z siebie zrzucić, gdy znalazł się na chwilę na górze. Śmierciożerca – nie – śmierciożerca spadł ze sceny, prosto pomiędzy ludzi, wciąż szepcących pomiędzy sobą lub wpatrujących się w scenę, ale nie próbujących nijak pomóc. Brenna zaś poderwała się i wyciągnęła różdżkę, ale gdy ją wycelowała, widziała tylko morze głów: nie mogła dostrzec celu.
Instynkt wzywał do pościgu. Wilki ścigały ofiary. Ale w głowie tłukła się pierwsza zasada ochrony: nie spuszczasz oczu ze swojego podopiecznego, jeśli nie masz innego przydziału. A teraz nie było nikogo, kto strzegłby Roberta, zupełnie jakby wszyscy tu zostali zaklęci…
– Robert! – zawołała, rzucając się z powrotem ku niemu, by sprawdzić, jak bardzo jest ranny i pobladła, gdy zobaczyła krew. – Trzeba cię stąd natychmiast zabrać.
Nie pochyliła się jednak na nim, wciąż z różdżką w dłoni, bo wszystko było tu tak strasznie nie tak… i ci ludzie zachowywali się tak okropnie dziwnie… czy to…
…czy to w ogóle była rzeczywistość?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.