05.03.2023, 11:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2023, 17:05 przez Brenna Longbottom.)
Brenna słysząc pytanie uśmiechnęła się z pewnym zakłopotaniem.
- Nie jestem pewna – przyznała. – Może sobie przypomnę, ale w tej chwili… pamiętam tylko, że wszystko wyglądało jak labirynt.
Labirynt ciasnych uliczek, które najpierw próbowały ją zadusić, a potem zamieniły się w dawne wersje ulic, po których spacerowali czarodzieje i czarownice martwi od bardzo wielu lat. Albo będący wytworem jej wyobraźni. W tej chwili Brenna nie była w stanie odróżnić.
- Następnym razem będę szukać z bąblogłową – mruknęła, przytulając się do mury. Był chłodny, stabilny i dawał podparcie. Obecnie uważała ten mur za kandydata na najlepszego przyjaciela. I tak, oczywiście, już myślała o wznowieniu poszukiwań. Koniecznie z bąblogłową. Ludzie wprawdzie będą dziwnie na nią patrzyli, ale przynajmniej jeżeli coś znajdzie, to nie skończy drugi raz tak, jak teraz… - Autentyczna, autentyczna. Nie jestem aż tak dziwna, żeby to wymyśleć.
Po prawdzie Brenna też niezbyt znała się na pracy uzdrowicieli. Wiedziała, że są w stanie wykryć truciznę, ale do tej pory nie miała żadnej sprawy z podtruwaniem kadzidłami. W jej rozczochranej głowie wciąż panował zbyt duży zamęt, aby choćby wpadła na to, że może ktoś badając ją, mógłby powiedzieć, jakiego rodzaju kadzidła użyto. Na razie pomyślenie o tym, że „następnym razem bąblogłowa”, stanowiło absolutny szczyt jej możliwości.
- Brenna Longbottom – przedstawiła się, dopiero teraz przypominając sobie o manierach. Po prawdzie gdy zadał pytanie, zawiesiła się nawet na moment: najwyraźniej lepiej pamiętała imiona swojego brata i kuzynki, o których ściągnięcie tu poprosiła, niż swoje własne. – Pana pamiętam z Hogwartu. Trelawney, prawda?
Ot należała do tego gatunku człowieka, który nie tylko zwracał uwagę na innych ludzi, ale też lubił obserwować, zawracać głowy swoją osobą i jeszcze zapamiętywała cudze twarze oraz nazwiska. Głupiutki nawyk, który okazał się bardzo przydatny w późniejszej pracy Brygadzistki.
- Mavelle. Moja kuzynka. Ta, która ma tu przyjść. Była z panem na roku – uzupełniła jeszcze. Wprawdzie w innym Domu, ale osoby z roku Mav i Erika Brenna zapamiętywała nawet nieco lepiej niż innych, bo czasem zdarzyło się jej wtarabaniać pod ich klasy, żeby kuzynkę albo brata niecnie porwać.
- O wilku mowa – dodała, gdy spojrzała w tłum i dostrzegła, że właśnie w pobliżu aportowała się znajoma osoba. Mav prawdopodobnie domyśliła się, że szło o nią, bo Brenna wspomniała, jakie ma plany na dziś… - Dziękuję panu bardzo. Jestem panu winna przysługę. Pora iść dać się rozerwać na strzępy mojej kuzynce.
…a, i znaleźć chłopaka, który razem z nią chodził po Pokątnej. Brenna dopiero teraz przypomniała sobie o biednym Sadwicku. Prawdopodobnie też nawdychał się tego kadzidła. Miała nadzieję, że może ktoś z Brygady już go zdążył odszukać…
Posłała kolejny uśmiech Peregrinusowi, a potem powoli wstała, podpierając się o ścianę i ruszyła ku Bones. W duchu już szykowała się na potężny ochrzan za to, w jakim stanie skończyła…
- Nie jestem pewna – przyznała. – Może sobie przypomnę, ale w tej chwili… pamiętam tylko, że wszystko wyglądało jak labirynt.
Labirynt ciasnych uliczek, które najpierw próbowały ją zadusić, a potem zamieniły się w dawne wersje ulic, po których spacerowali czarodzieje i czarownice martwi od bardzo wielu lat. Albo będący wytworem jej wyobraźni. W tej chwili Brenna nie była w stanie odróżnić.
- Następnym razem będę szukać z bąblogłową – mruknęła, przytulając się do mury. Był chłodny, stabilny i dawał podparcie. Obecnie uważała ten mur za kandydata na najlepszego przyjaciela. I tak, oczywiście, już myślała o wznowieniu poszukiwań. Koniecznie z bąblogłową. Ludzie wprawdzie będą dziwnie na nią patrzyli, ale przynajmniej jeżeli coś znajdzie, to nie skończy drugi raz tak, jak teraz… - Autentyczna, autentyczna. Nie jestem aż tak dziwna, żeby to wymyśleć.
Po prawdzie Brenna też niezbyt znała się na pracy uzdrowicieli. Wiedziała, że są w stanie wykryć truciznę, ale do tej pory nie miała żadnej sprawy z podtruwaniem kadzidłami. W jej rozczochranej głowie wciąż panował zbyt duży zamęt, aby choćby wpadła na to, że może ktoś badając ją, mógłby powiedzieć, jakiego rodzaju kadzidła użyto. Na razie pomyślenie o tym, że „następnym razem bąblogłowa”, stanowiło absolutny szczyt jej możliwości.
- Brenna Longbottom – przedstawiła się, dopiero teraz przypominając sobie o manierach. Po prawdzie gdy zadał pytanie, zawiesiła się nawet na moment: najwyraźniej lepiej pamiętała imiona swojego brata i kuzynki, o których ściągnięcie tu poprosiła, niż swoje własne. – Pana pamiętam z Hogwartu. Trelawney, prawda?
Ot należała do tego gatunku człowieka, który nie tylko zwracał uwagę na innych ludzi, ale też lubił obserwować, zawracać głowy swoją osobą i jeszcze zapamiętywała cudze twarze oraz nazwiska. Głupiutki nawyk, który okazał się bardzo przydatny w późniejszej pracy Brygadzistki.
- Mavelle. Moja kuzynka. Ta, która ma tu przyjść. Była z panem na roku – uzupełniła jeszcze. Wprawdzie w innym Domu, ale osoby z roku Mav i Erika Brenna zapamiętywała nawet nieco lepiej niż innych, bo czasem zdarzyło się jej wtarabaniać pod ich klasy, żeby kuzynkę albo brata niecnie porwać.
- O wilku mowa – dodała, gdy spojrzała w tłum i dostrzegła, że właśnie w pobliżu aportowała się znajoma osoba. Mav prawdopodobnie domyśliła się, że szło o nią, bo Brenna wspomniała, jakie ma plany na dziś… - Dziękuję panu bardzo. Jestem panu winna przysługę. Pora iść dać się rozerwać na strzępy mojej kuzynce.
…a, i znaleźć chłopaka, który razem z nią chodził po Pokątnej. Brenna dopiero teraz przypomniała sobie o biednym Sadwicku. Prawdopodobnie też nawdychał się tego kadzidła. Miała nadzieję, że może ktoś z Brygady już go zdążył odszukać…
Posłała kolejny uśmiech Peregrinusowi, a potem powoli wstała, podpierając się o ścianę i ruszyła ku Bones. W duchu już szykowała się na potężny ochrzan za to, w jakim stanie skończyła…
Postać opuszcza lokację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.