04.01.2026, 20:58 ✶
Jak na górze, tak na dole. Jak na dole, tak na górze. Alexander nigdy nie dbał o to, jak wysoko mógł się wznieść. Nigdy nie dbał o to, jak nisko mógł upaść. Dbał tylko o widoki, jakich doświadczał po drodze. Nieważne, czy droga wiodła w dół, czy w górę. Może dlatego nie szukał w ciemnych oczach Morpheusa Longbottoma odpowiedzi. Może nigdy jej nie oczekiwał, a może już ją poznał.
Nie pożegnał go. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się jednak w otwartą przez Niewymownego szufladę, w której zaszurały szpargały, wrzucone tam jeszcze przed wyjazdem do Francji. Nie dało się nic wyczytać z jego twarzy, a jednak barki mężczyzny zdradzały napięcie. To nie może być prawda, pomyślał, mimowolnie sięgnąwszy drżącą ręką po różdżkę. Nie, to nie jest prawdziwe.
Na dnie szuflady zobaczył bowiem złote oczy Mildred Moody.
Może gdyby był wierzącym, pomodliłby się teraz do jakiegoś bóstwa. Nie daj, żebym miał jej krew na rękach. Nie mógł tego przecież dokonać. Nie dlatego, że tego żałował, ale dlatego, że tego nie pamiętał. To nie było jego dziełem... Nie było, przekonywał się. Nie pamiętał, żeby było.
Odsunął szufladę raz jeszcze, oddychając spokojnie, a jednak płycej niż zwykle. Zamrugał, przygotowany na to, że zobaczy na dnie oczy Mildred... Ale zamiast nich, znalazł tam jedynie garść złotych galeonów, walających się między papierami. Galeony i swoje własne pozłacane pierścienie, które zostawił w biurku zanim wyjechał na urlop do Francji. Siedział tak przez chwilę, pochylony jak do modlitwy, zanim powoli zaczął przyoblekać nimi palce.
Wszystkie, poza tym jednym, na którym tkwił ojcowski sygnet. Odkąd go dostał, nie zdjął go z ręki. Wiedział, że nie zdejmie go, dopóki będzie żyw.
Nie pożegnał go. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się jednak w otwartą przez Niewymownego szufladę, w której zaszurały szpargały, wrzucone tam jeszcze przed wyjazdem do Francji. Nie dało się nic wyczytać z jego twarzy, a jednak barki mężczyzny zdradzały napięcie. To nie może być prawda, pomyślał, mimowolnie sięgnąwszy drżącą ręką po różdżkę. Nie, to nie jest prawdziwe.
Na dnie szuflady zobaczył bowiem złote oczy Mildred Moody.
Trigger Warning: gore, body horror (Odkryj)
Wyrwane z oczodołów, wyłupione wraz ze sflaczałym mięsem nerwów wzrokowych. Groteskowo niemal pokrwawione, z popękanymi naczynkami krwionośnymi przebiegającymi przez powierzchnię białkówek. Morpheus zamknął szufladę w tym samym momencie, w którym Alexander dostrzegł złoto tęczówek Mildred, zmętniałych niczym zaśniedziała biżuteria zerwana z szyi trupa. W Departamencie badali niedawno obłożony klątwami naszyjnik, w którym wyryto tekst starożytnej przepowiedni. Osadzone w nim czarne onyksy przypominały zastygłe w bezruchu, martwe źrenice Mildred. Alexander czuł, że serce zaczyna bić mu szybciej. Pozostawał w pełni świadomym, że jest pod wpływem narkotyku. A jednak ciężko było stłumić obrzydzenie, gdy wizje zdawały się tak przerażająco realnymi.
Może gdyby był wierzącym, pomodliłby się teraz do jakiegoś bóstwa. Nie daj, żebym miał jej krew na rękach. Nie mógł tego przecież dokonać. Nie dlatego, że tego żałował, ale dlatego, że tego nie pamiętał. To nie było jego dziełem... Nie było, przekonywał się. Nie pamiętał, żeby było.
Odsunął szufladę raz jeszcze, oddychając spokojnie, a jednak płycej niż zwykle. Zamrugał, przygotowany na to, że zobaczy na dnie oczy Mildred... Ale zamiast nich, znalazł tam jedynie garść złotych galeonów, walających się między papierami. Galeony i swoje własne pozłacane pierścienie, które zostawił w biurku zanim wyjechał na urlop do Francji. Siedział tak przez chwilę, pochylony jak do modlitwy, zanim powoli zaczął przyoblekać nimi palce.
Wszystkie, poza tym jednym, na którym tkwił ojcowski sygnet. Odkąd go dostał, nie zdjął go z ręki. Wiedział, że nie zdejmie go, dopóki będzie żyw.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat