06.01.2026, 16:44 ✶
W porządku, Robert mówił, i zdołał wstać, to było pozytywne. Wciąż krwawił i wszyscy wokół wciąż zachowywali się, jakby byli pod wpływem zaklęcia i to nie było już pozytywne, ale tym mogli się zająć, gdy znajdą się gdzieś, gdzie Crouch nie będzie tak łatwym celem.
Brenna podparła go, drugą ręką wydobywając zza pazuchy różdżkę. Gdy szli, rozglądała się stale: każdy w tłumie tak dziwnie zachowujących się ludzi mógł być zagrożeniem, ale ona wypatrywała przede wszystkim tego mężczyzny o dziwnej, bladej twarzy i rysach, które wbiły się w jej pamięć tak mocno, że rozpoznawała go, choć umysł, wciągnięty w logikę snu, nie do końca kojarzył fakty.
Skupiona na tym, by ktoś znów nie rzucił się na Roberta z nożem, nie zauważyła, że płomienie rozbłysły same z siebie. I nie zdążyła zareagować na czas, kiedy schwyciła ich dziwna ręka, poczuła znajomą sensację, towarzyszącą magicznemu podróżowaniu…
…i nagle nie byli już w atrium. Chłodny wiatr uderzył ją w twarz, a gdy się wyprostowała, wciąż z różdżką, zrozumiała, że trafili do innego miejsca. I choć widok rezydencji Crouchów w oddali powinien ją uspokoić, poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, a jej dłoń zacisnęła się na ramieniu Roberta.
– To nie ty nas tu zabrałeś? – spytała, choć pytanie było po części retoryczne, skoro twierdził, że pamiętał to miejsce. – Robercie, to musiał być ten człowiek. Ja go znam. To morderca. Zaatakował już kilka osób – powiedziała, z naciskiem, nie wypuszczając jego ramienia, jakby bała się, że ledwo to zrobi, zostaną rozdzieleni.
Że będzie go szukać po tym lesie, który nagle zdawał się ciemniejszy, bardziej ponury, gęściejszy niż był w rzeczywistości. I tak dziwnie nieruchomy i cichy: jakby wszystko, nawet wiatr zastygło w oczekiwaniu.
Że będzie tak, jak wtedy kiedy rozdzieliło ją i Laurenta…
Tym razem nie ona była celem. A on potrafił się ukrywać. Potrafił manipulować tym, co ich otaczało…
– Nie możesz się ode mnie oddalić – stwierdziła, ze wszystkich sił starając się, aby jej głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie, bo nie mogła, nie wolno jej było wpaść w panikę. – Będzie na ciebie polował. Masz swoją różdżkę?
Brenna podparła go, drugą ręką wydobywając zza pazuchy różdżkę. Gdy szli, rozglądała się stale: każdy w tłumie tak dziwnie zachowujących się ludzi mógł być zagrożeniem, ale ona wypatrywała przede wszystkim tego mężczyzny o dziwnej, bladej twarzy i rysach, które wbiły się w jej pamięć tak mocno, że rozpoznawała go, choć umysł, wciągnięty w logikę snu, nie do końca kojarzył fakty.
Skupiona na tym, by ktoś znów nie rzucił się na Roberta z nożem, nie zauważyła, że płomienie rozbłysły same z siebie. I nie zdążyła zareagować na czas, kiedy schwyciła ich dziwna ręka, poczuła znajomą sensację, towarzyszącą magicznemu podróżowaniu…
…i nagle nie byli już w atrium. Chłodny wiatr uderzył ją w twarz, a gdy się wyprostowała, wciąż z różdżką, zrozumiała, że trafili do innego miejsca. I choć widok rezydencji Crouchów w oddali powinien ją uspokoić, poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, a jej dłoń zacisnęła się na ramieniu Roberta.
– To nie ty nas tu zabrałeś? – spytała, choć pytanie było po części retoryczne, skoro twierdził, że pamiętał to miejsce. – Robercie, to musiał być ten człowiek. Ja go znam. To morderca. Zaatakował już kilka osób – powiedziała, z naciskiem, nie wypuszczając jego ramienia, jakby bała się, że ledwo to zrobi, zostaną rozdzieleni.
Że będzie go szukać po tym lesie, który nagle zdawał się ciemniejszy, bardziej ponury, gęściejszy niż był w rzeczywistości. I tak dziwnie nieruchomy i cichy: jakby wszystko, nawet wiatr zastygło w oczekiwaniu.
Że będzie tak, jak wtedy kiedy rozdzieliło ją i Laurenta…
Tym razem nie ona była celem. A on potrafił się ukrywać. Potrafił manipulować tym, co ich otaczało…
– Nie możesz się ode mnie oddalić – stwierdziła, ze wszystkich sił starając się, aby jej głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie, bo nie mogła, nie wolno jej było wpaść w panikę. – Będzie na ciebie polował. Masz swoją różdżkę?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.