06.01.2026, 18:49 ✶
Czy miała wyrzuty sumienia, że nie pomagała Dorze od początku? Tak. Czy mogła na to coś poradzić? Nie. Korzystając z dziwnych wskazówek z dziennika, zapisanych jej własnym charakterem pisma, ostatnie dwa dni praktycznie nie wyszła z pracy (czy raczej wyszła z niej w sensie wyjścia z biura, ale żeby uganiać się absolutnie w pracowych sprawach po całej Anglii). Gdy teleportowała się na parterze, tuż za drzwiami wejściowymi, oparła się o nie na moment plecami i zacisnęła powieki. Wciąż czuła zapach dymu i przez moment nie była pewna, czy po prostu przesiąkły nim jej włosy, czy znów czuje go we wnętrzach… Ale nie, to chyba nie były kolejne halucynacje. Po prostu potrzebowała prysznica, ale nie było sensu brać go teraz, skoro pewnie jeszcze zdąży pomóc w porządkach i po nich i tak będzie chciała się wykąpać.
Odetchnęła, przerzuciła płaszcz na wieszak, ponieważ było już ciemno, zapaliła światło na końcu różdżki i ruszyła po schodach. Była zmęczona, owszem, ale nie na tyle, by nie poruszać się w zwykły dla siebie sposób, czyli przeskakując po dwa stopnie. Na dole nie słyszała żadnych dźwięków i nie widziała zapalonego światła, podejrzewała więc, że Crawleyówna jest na piętrze.
– Dora? To ja! – zawołała, otwierając drzwi do pomieszczeń osadzonych po lewej stronie. – Przepraszam, że tak późno, ale zahaczyłam o cukiernię i kupiłam trochę ciastek. Już się przebieram i możemy zabierać się za ogarnianie dalej – oświadczyła raźno, pakując się do salonu. Odruchowo uśmiechnęła się do Dory i zademonstrowała paczkę z klubokawiarni, ale zaraz zastygła, kiedy zobaczyła, co trzyma dziewczyna.
Bo to wyglądało znajomo.
Dziwnie znajomo…
– Proszę, powiedz, że nie sprzedał ci tego dziwny mężczyzna, który pod kamienicą handlował różnościami i twierdził, że spadło z kosmosu? – spytała już poważniej, odstawiając słodkości na stolik. Nie podobała się jej ani myśl, że Dora miałaby kontakt z obcymi czarodziejami, skoro miała być martwa (nowa twarz nową twarzą, lepiej było uważać) i że ten człowiek miałby tu wrócić. Nawet jeżeli starała się go znaleźć…
Odetchnęła, przerzuciła płaszcz na wieszak, ponieważ było już ciemno, zapaliła światło na końcu różdżki i ruszyła po schodach. Była zmęczona, owszem, ale nie na tyle, by nie poruszać się w zwykły dla siebie sposób, czyli przeskakując po dwa stopnie. Na dole nie słyszała żadnych dźwięków i nie widziała zapalonego światła, podejrzewała więc, że Crawleyówna jest na piętrze.
– Dora? To ja! – zawołała, otwierając drzwi do pomieszczeń osadzonych po lewej stronie. – Przepraszam, że tak późno, ale zahaczyłam o cukiernię i kupiłam trochę ciastek. Już się przebieram i możemy zabierać się za ogarnianie dalej – oświadczyła raźno, pakując się do salonu. Odruchowo uśmiechnęła się do Dory i zademonstrowała paczkę z klubokawiarni, ale zaraz zastygła, kiedy zobaczyła, co trzyma dziewczyna.
Bo to wyglądało znajomo.
Dziwnie znajomo…
– Proszę, powiedz, że nie sprzedał ci tego dziwny mężczyzna, który pod kamienicą handlował różnościami i twierdził, że spadło z kosmosu? – spytała już poważniej, odstawiając słodkości na stolik. Nie podobała się jej ani myśl, że Dora miałaby kontakt z obcymi czarodziejami, skoro miała być martwa (nowa twarz nową twarzą, lepiej było uważać) i że ten człowiek miałby tu wrócić. Nawet jeżeli starała się go znaleźć…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.