23.10.2022, 22:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2022, 12:50 przez Brenna Longbottom.)
Lubiła zapach jabłek.
Leżała na drewnianej huśtawce, starej, służącej jej i innym młodym Longbottomom od lat. Na jej miejscu wcześniej wisiała inna i jeszcze inna: jak daleko nie sięgałaby widmowidzeniem, zawsze widziała ją w tym miejscu i całe pokolenia Longbottomów. Bawiła się czasem myślą, że gdyby była dostatecznie utalentowana, mogłaby zobaczyć Godryka Gryffindora, zawieszającego tu pierwszą huśtawkę dla swoich dzieci.
Oczywiście, pewnie nic takiego się nie wydarzyło.
Brenna obracała w dłoni jabłko, a dwa kolejne leżały u jej boku. Powietrza pachniało owocami i trawą. Nad głową Brenny szumiały cicho liście jabłoni, pomiędzy którymi przesączało się słoneczne światło. Stara, drewniana huśtawka, skrzypiała cicho, ilekroć Longbottomówna odbijała się prawą nogą, opuszczoną ku ziemi. Nie spodziewała się gości ani niebezpieczeństwa. Pozwoliła sobie na rozluźnienie, którego nie mogłaby zaznać przebywając w Londynie. Zwłaszcza teraz, gdy panowanie ministra stawało się pasmem porażek, kiedy urzędnicy opuszczali swoje stanowiska i kiedy działy się rzeczy, które wydawały się zorganizowaną kampanią przeciwko politykowi, który ośmielił się sięgnąć po władzę, mimo "brudnej" krwi. Może dlatego dostrzegła Theona dopiero, gdy ten stanął pod jednym z pobliskim drzew.
Zdecydowanie go tu nie oczekiwała.
Usiadła powoli, przypatrując się mu. Gdyby Yaxley pojawił się tutaj jeszcze trzy czy cztery lata temu, przyjęłaby to jak coś najzwyklejszego na świecie: Brenna zawsze witała przyjaciół i znajomych chętnie, i zawsze mogli odwiedzać ją o każdej porze dnia i nocy. Zachowywała się, jakby byli zaproszeni albo wręcz nie opuścili tego miejsca i ot, przeszli z pokoju do pokoju. Nawet jeśli relacja jej i Theona od początku była trochę dziwną przyjaźnią, rozpoczętą od szkolnego pojedynku, zakończonego wspólną wizytą w skrzydle szpitalnym, długo był tu mile widziany.
Właściwie mogłaby powiedzieć, że był tu mile widziany i teraz, bo coś w niej cieszyło się na widok Yaxleya, ale w ich znajomość w ostatnich latach wkradły się cienie, przez które ciężko było przyjąć jego obecność jako coś najnaturalniejszego na świecie. Młodzieńcza naiwność opadała i oboje dostrzegali w tym drugim coś, co zaczynało dzielić, coraz bardziej i bardziej, wraz z chmurami, gromadzącymi się nad światem czarodziejów. Gdy jesteś dorosły, ciężej nie zauważyć, jak różne masz poglądy. W jak odmiennych kręgach się obracasz. Jak inną drogą podążasz. Dlatego z jednej strony cieszyła się, bo w pewnym sensie wciąż jeszcze miała Theona za przyjaciela i czasem brakowało jej przyjaźni z czasów Hogwartu i dni tuż po nim. Z drugiej nie mogła oprzeć się i odrobinie podejrzliwości, bo czy pojawiłby się tu bez powodu?
- W Egipcie nie ma tak dobrych jabłek, jak w Dolinie Godryka – odparła jednak i uśmiechnęła się do niego, szerokim, szczerym uśmiechem, jakby dalej miała szesnaście lat i nalegała, aby wpadł na chwilę w wakacje po Hogwarcie, nim odejdzie do strasznego świata dorosłych. Nawet tak jak wtedy, ciemne włosy miała rozczochrane, a tkwiący w nich listek i wymięta szata, na której zostało źdźbło trawy, świadczyły o tym, że wciąż miała nawyk łażenia po drzewach czy spania na trawie. Coś, co mogłoby wydawać się daleką przeszłością, gdy widywało się ją w Ministerstwie, zawsze w mundurze, zwykle nienagannie czystym.
Jakby chciała to udowodnić, jabłko, które trzymała w dłoni, wyleciało w powietrze, w jego stronę – czy chciał je złapać, czy nie, to był już jego wybór.
– Czyżby gdzieś w naszym sadzie grasowały jakieś magiczne stworzenia, a ja je przegapiłam?
Leżała na drewnianej huśtawce, starej, służącej jej i innym młodym Longbottomom od lat. Na jej miejscu wcześniej wisiała inna i jeszcze inna: jak daleko nie sięgałaby widmowidzeniem, zawsze widziała ją w tym miejscu i całe pokolenia Longbottomów. Bawiła się czasem myślą, że gdyby była dostatecznie utalentowana, mogłaby zobaczyć Godryka Gryffindora, zawieszającego tu pierwszą huśtawkę dla swoich dzieci.
Oczywiście, pewnie nic takiego się nie wydarzyło.
Brenna obracała w dłoni jabłko, a dwa kolejne leżały u jej boku. Powietrza pachniało owocami i trawą. Nad głową Brenny szumiały cicho liście jabłoni, pomiędzy którymi przesączało się słoneczne światło. Stara, drewniana huśtawka, skrzypiała cicho, ilekroć Longbottomówna odbijała się prawą nogą, opuszczoną ku ziemi. Nie spodziewała się gości ani niebezpieczeństwa. Pozwoliła sobie na rozluźnienie, którego nie mogłaby zaznać przebywając w Londynie. Zwłaszcza teraz, gdy panowanie ministra stawało się pasmem porażek, kiedy urzędnicy opuszczali swoje stanowiska i kiedy działy się rzeczy, które wydawały się zorganizowaną kampanią przeciwko politykowi, który ośmielił się sięgnąć po władzę, mimo "brudnej" krwi. Może dlatego dostrzegła Theona dopiero, gdy ten stanął pod jednym z pobliskim drzew.
Zdecydowanie go tu nie oczekiwała.
Usiadła powoli, przypatrując się mu. Gdyby Yaxley pojawił się tutaj jeszcze trzy czy cztery lata temu, przyjęłaby to jak coś najzwyklejszego na świecie: Brenna zawsze witała przyjaciół i znajomych chętnie, i zawsze mogli odwiedzać ją o każdej porze dnia i nocy. Zachowywała się, jakby byli zaproszeni albo wręcz nie opuścili tego miejsca i ot, przeszli z pokoju do pokoju. Nawet jeśli relacja jej i Theona od początku była trochę dziwną przyjaźnią, rozpoczętą od szkolnego pojedynku, zakończonego wspólną wizytą w skrzydle szpitalnym, długo był tu mile widziany.
Właściwie mogłaby powiedzieć, że był tu mile widziany i teraz, bo coś w niej cieszyło się na widok Yaxleya, ale w ich znajomość w ostatnich latach wkradły się cienie, przez które ciężko było przyjąć jego obecność jako coś najnaturalniejszego na świecie. Młodzieńcza naiwność opadała i oboje dostrzegali w tym drugim coś, co zaczynało dzielić, coraz bardziej i bardziej, wraz z chmurami, gromadzącymi się nad światem czarodziejów. Gdy jesteś dorosły, ciężej nie zauważyć, jak różne masz poglądy. W jak odmiennych kręgach się obracasz. Jak inną drogą podążasz. Dlatego z jednej strony cieszyła się, bo w pewnym sensie wciąż jeszcze miała Theona za przyjaciela i czasem brakowało jej przyjaźni z czasów Hogwartu i dni tuż po nim. Z drugiej nie mogła oprzeć się i odrobinie podejrzliwości, bo czy pojawiłby się tu bez powodu?
- W Egipcie nie ma tak dobrych jabłek, jak w Dolinie Godryka – odparła jednak i uśmiechnęła się do niego, szerokim, szczerym uśmiechem, jakby dalej miała szesnaście lat i nalegała, aby wpadł na chwilę w wakacje po Hogwarcie, nim odejdzie do strasznego świata dorosłych. Nawet tak jak wtedy, ciemne włosy miała rozczochrane, a tkwiący w nich listek i wymięta szata, na której zostało źdźbło trawy, świadczyły o tym, że wciąż miała nawyk łażenia po drzewach czy spania na trawie. Coś, co mogłoby wydawać się daleką przeszłością, gdy widywało się ją w Ministerstwie, zawsze w mundurze, zwykle nienagannie czystym.
Jakby chciała to udowodnić, jabłko, które trzymała w dłoni, wyleciało w powietrze, w jego stronę – czy chciał je złapać, czy nie, to był już jego wybór.
– Czyżby gdzieś w naszym sadzie grasowały jakieś magiczne stworzenia, a ja je przegapiłam?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.