07.01.2026, 13:46 ✶
Lucy nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę tylko patrzyła, jak pióro Cassandry sunie po pergaminie, zostawiając po sobie linie i proste znaki. Sieć, która powstawała pod jej ręką, była może jeszcze surowa, nieidealna — ale miała w sobie coś, czego brakowało większości ministerialnych dokumentów ostatnich dni. Sens.
— Cieszę się, że to tak widzisz — odezwała się w końcu, a w jej głosie dało się usłyszeć ulgę. — Bałam się, że to zabrzmi jak kolejna teoria, która dobrze wygląda tylko na papierze. A ty od razu zaczęłaś myśleć, jak to uporządkować.
Nachyliła się lekko nad biurkiem, śledząc wzrokiem linie prowadzące od narysowanego „okienka” do nazw departamentów.
— Właśnie o coś takiego mi chodziło. Jedno miejsce, które nie rozwiązuje wszystkiego, ale nie pozwala ludziom błądzić. A jeśli później w departamentach byłyby mniejsze punkty kontaktowe… — urwała, kiwając głową. — To już byłby naprawdę solidny fundament.
Oparła się plecami o krzesło, po czym sięgnęła po pergamin leżący z boku biurka — jeden z tych, które wcześniej udawała, że czyta. Teraz przesunęła go na środek, między nimi.
— Jeśli mamy to zgłaszać wyżej, dobrze byłoby mieć coś konkretnego. Nie schemat, nie obietnicę, tylko sprawę, którą faktycznie udało się przeprowadzić od początku do końca — powiedziała spokojnie. — Bez wielkich słów. Po prostu dowód, że to działa.
Wskazała fragment zapisków.
— Tu jest jedna z rodzin z Pokątnej. Czarodzieje. Ich mieszkanie mocno ucierpiało w trakcie Spalonej Nocy — pozostałości magii, zniszczenia, strach, brak jasnych informacji, co dalej. Na razie odbijają się od drzwi do drzwi.
Podniosła wzrok na Cassandrę.
— Pomyślałam, że mogłybyśmy zacząć właśnie od nich. Pojechać, zobaczyć sytuację na miejscu, zrobić wizję lokalną. Ocenimy, czy jest tam coś niebezpiecznego i zbierzemy wszystko w jednym raporcie i sprawdzimy, dokąd dalej to popchnąć.
Uśmiechnęła się lekko — pierwszy raz tego dnia bez wyraźnego zmęczenia w oczach.
— Co ty na to? Jeśli to ma być test… to lepszego punktu startowego chyba nie znajdziemy.
— Cieszę się, że to tak widzisz — odezwała się w końcu, a w jej głosie dało się usłyszeć ulgę. — Bałam się, że to zabrzmi jak kolejna teoria, która dobrze wygląda tylko na papierze. A ty od razu zaczęłaś myśleć, jak to uporządkować.
Nachyliła się lekko nad biurkiem, śledząc wzrokiem linie prowadzące od narysowanego „okienka” do nazw departamentów.
— Właśnie o coś takiego mi chodziło. Jedno miejsce, które nie rozwiązuje wszystkiego, ale nie pozwala ludziom błądzić. A jeśli później w departamentach byłyby mniejsze punkty kontaktowe… — urwała, kiwając głową. — To już byłby naprawdę solidny fundament.
Oparła się plecami o krzesło, po czym sięgnęła po pergamin leżący z boku biurka — jeden z tych, które wcześniej udawała, że czyta. Teraz przesunęła go na środek, między nimi.
— Jeśli mamy to zgłaszać wyżej, dobrze byłoby mieć coś konkretnego. Nie schemat, nie obietnicę, tylko sprawę, którą faktycznie udało się przeprowadzić od początku do końca — powiedziała spokojnie. — Bez wielkich słów. Po prostu dowód, że to działa.
Wskazała fragment zapisków.
— Tu jest jedna z rodzin z Pokątnej. Czarodzieje. Ich mieszkanie mocno ucierpiało w trakcie Spalonej Nocy — pozostałości magii, zniszczenia, strach, brak jasnych informacji, co dalej. Na razie odbijają się od drzwi do drzwi.
Podniosła wzrok na Cassandrę.
— Pomyślałam, że mogłybyśmy zacząć właśnie od nich. Pojechać, zobaczyć sytuację na miejscu, zrobić wizję lokalną. Ocenimy, czy jest tam coś niebezpiecznego i zbierzemy wszystko w jednym raporcie i sprawdzimy, dokąd dalej to popchnąć.
Uśmiechnęła się lekko — pierwszy raz tego dnia bez wyraźnego zmęczenia w oczach.
— Co ty na to? Jeśli to ma być test… to lepszego punktu startowego chyba nie znajdziemy.