Rodolphus & Laurence
- Nieodpowiednio to małe niedopowiedzenie - kobieta westchnęła boleściwie, wyraźnie podkreślając swoją dezaprobatę dla tego faktu. Jeśli faktycznie uważała, że nie należała do tego miejsca, to nie dawała tego po sobie poznać. Stała na swoim miejscu, wyprostowana, wciąż delikatnie wachlując się zdobionym w białe pióra wachlarzem. Komplementowały one jej maskę, kontrastując jednocześnie z czarną, aksamitną suknią.
- Może. Wyglądało to jak skrywane bolączki serca, które zwyczajnie znalazły ujście. Ale cóż poradzić, kiedy podobno serce nie sługa? - zapytała słodko, uśmiechając do tego lekko, ale spojrzenie na moment przeskoczyło gdzieś dalej, odrywając się od Rodolphusa i spoglądając na przechodzących obok nich ludzi.
- Jest pan niepotrzebnie skromny. Nie o chwile spędzone, a o skradzione chodzi. Ale Spalona Noc wszystkim chyba odebrała wiele chęci i czasu. Do flirtów przede wszystkim. Bo jak znaleźć miłość pośród tych zgliszczy? - do tej pory, na odsłoniętych ustach można było dopatrzeć się chociażby cienia uśmiechu. Grzecznego, wystudiowanego, ale w momencie kiedy do rozmowy dołączył Laurence i dwóch ochroniarzy, miły wyraz został zastąpiony grymasem. Wachlarz zatrzymał się, tylko po to by stuknąć o otwartą dłoń i tym samym zostać zamkniętym.
- Na jakiej niby podstawie? - zapytała, lustrując mężczyzn spojrzeniem, ale koncentrując się przede wszystkim na Laurencie.
- Przepraszamy panią, ale musimy jeszcze raz zweryfikować tożsamość, gdyby tylko mogła pani... - odezwał się jeden z ochroniarzy spokojnie, ale kobieta dość szybko mu przerwała.
- Została zweryfikowana na samym wejściu, wraz z tożsamością całej kolejki gości, która również ustawiała się do wejścia. To niedopuszczalne...