08.01.2026, 12:56 ✶
To był ich ostatni rok w Hogwarcie - niedługo właściwie zakończą swoją naukę w zamku - więc Jessie zastanawiał się, jaka była szansa, że nauczycielowi ktoś wybije z głowy wysyłanie wyjców do ich rodziców. Zapewne bardzo mała, bo skoro nauczyciel wlepił im szlaban bez właściwie wysłuchania całej historii po wysłuchaniu wersji Ślizgonów, to pewnie nie przepuści okazji, żeby ich "udupić". Właściwie to Jessie poczuł małą ulgę, że doszło do tego teraz, na praktycznie samej końcówce ich nauki, a nie wcześniej, kiedy jego wybryki mogłyby jakoś wpłynąć na pozycję Rity, bo tego by już nie zniósł, a siostra pewnie też by mu nie puściła tego płazem.
-Za to, jak pięknie przywaliłeś tamtemu gnojkowi? Jestem cały twój - uczczenie "zahartowanej w boju" przyjaźni również było dobrym argumentem, ale ten pierwszy był w zasadzie lepszy.
Jęknął męczeńsko, bo tekst "mam swoje sposoby" oznaczał, że tymi sposobami Han raczej nie będzie chciał się podzielić, nawet z kumplem.
-Niby mamy te zajęcia z Astronomii, ale właściwie nigdy nie patrzymy w niebo tylko po to, żeby na nie popatrzeć i docenić, że te gwiazdy po prostu... istnieją - powiedział po kilku sekundach milczenia. -Nie wiem, czy to, co mówię, ma sens, ale pomyśl... Wpatrujemy się w niebo, szukamy konstelacji, gubimy się, bo każda z nich może oznaczać coś innego i spróbuj zapamiętać wszystkie ich znaczenia, że przestajemy patrzeć na niego po prostu... jak na gwiazdy.
Znowu zamilkł, nawet na chwile nie odrywając wzroku od sklepienia, które odbijało się w jego oczach. Hannibal wyrwał go z tego transu szturchnięciem w ramię. Zaśmiał się cicho, podążając wzrokiem za kumplem, w stronę ławki. Mieli w końcu świętować, czyż nie?
-Za honor, za dominację i za pałki i pięści, które nigdy nie pudłują! - stuknęli się butelki i pociągnęli pierwsze łyki piwa.
Hannibal miał rację - niebo aż błagało, by na nie spojrzeć, ale bez teleskopów, bez podręczników i wszystkiego innego, co by odciągało uwagę od jego zwykłego, naturalnego piękna.
-Racja - powiedział i minęło kilkanaście sekund, zanim znowu się odezwał. -Mój tata lubił patrzeć w niebo. Tak po prostu. Uwielbiał, kiedy nie było ani jednej chmury i było tak dużo gwiazd. Kiedy byłem mały i miałem kiepski dzień albo po prostu jakieś dziecięce humorki, zabierał mnie nocą na dwór i po prostu gapiliśmy się w niebo, dopóki mi się nie polepszyło. Zawsze próbował znaleźć największą gwiazdę. Pamiętam, że którejś nocy szukaliśmy na niebie konstelacji i tata potrafił niektóre nazwać, ale ja nadawałem im po prostu imiona mojej rodziny. Największą gwiazdę, jaką znalazłem, zawsze nazywałem Mamą - zaśmiał się. -To było, zanim on...
Zacisnął na chwilę usta, odchrząknął i znowu rozejrzał się po niebie.
-Spójrz - powiedział i wskazał jedną z gwiazd. -Ta jest wielka. Chyba... Chyba największa z tych wokół.
Wskazana przez niego gwiazda jaśniała bardziej, niż te rozsiane wokół niej. Po dłuższym wpatrywaniu się w nią można było zauważyć, że wraz z innymi gwiazdami tworzyła konstelację, ale w tym momencie Jessie nie mógł sobie przypomnieć jej nazwy.