Niewidzialność - kończy się w tej kolejce.
Przepychanka nie kosztowała na szczęście nikogo upadania na cztery litery - Prewett przecież też chyba by się poryczał. Może nie od razu na podłodze, ale gdzieś w zaułku, pewnie w toalecie, wylewając rzewne łzy swojej kolejnej porażki. Na szczęście dla obu strony - nic takiego nie miało miejsca.
Zmiana nastawienia kobiety, która zaczęła go przepychać, również mu pomogła. Odetchnął jakoś z ulgą, że pojawiło się zrozumienie, a nie było dalszej agitacji do wzywania strażników, czy przywoływania jakichkolwiek innych procedur na miejsce. Ba! Pojawiło się nawet wyjaśnienie, które sprawiło, że twarz Laurenta przywdziała drobny uśmiech. Niezauważalny dla Lyssy, ale jednak - uśmiech ulgi. Nie to, że cieszył się, że inni też stali się ofiarami pułapki eliksirów, oj nie, nie... Był ciekawe, naprawdę ciekaw, co za śmieszki były wiecznie odpowiedzialne za te dowcipy. Imprezy Prewettów też wcale nie były wolne od takich precedesów. Czy to może efekty uboczne jakiś mieszanek alkoholu? A może odrobina ośmieszenia miała, według niektórych, rozluźnić atmosferę? Laurent uważał, że ją zagęszczała. Widział jednak takie osoby, którym rzeczywiście było do śmiechu i rozluźniali się, widząc swoją - a szczególnie cudzą - wpadkę.
- Chyba żadna większa impreza towarzyska w naszej socjecie nie może być wolna od tych... niegórnolotnych dowcipów z drinkami i eliksirami. - Może uśmiechu nie widziała, ale mogła go teraz wyczuć w jego głosie. Nadal był napięty, ale starał się jak najbardziej kontrolować swój głos i swoją postawę. Tak, nie widziała go. Ale to wcale nie docierało do odruchów Laurenta i nie sprawiało, że zrzucał swoją codzienną... maskę. W końcu nie wiadomo było, kiedy zacznie być znów widzialny, prawda?
- Dziękuję za wyrozumiałość. Nie chciałbym narażać kogokolwiek na tak przykre spotkania, jakie miały miejsce w przypadku panienki. - Albo pani? Chyba akurat co do takich gaf wręcz należało być wyrozumiałym na balu z maskami. - Ach, tak... naturalnie... zaproponowałbym drinka, ale nie jestem przekonany, czy i one nie są skazane na te... efekty uboczne. - Wskazał gestem kierunek, ale widział, że ona tego nie widzi - uzmysłowił sobie to. Zmieszanie przepłynęło falą przez jego twarz, zaraz jednak z niej zniknęło na rzecz uprzejmego, ciepłego uśmiechu. Natomiast ona zadziałała sama - pociągnęła go, a on dał się pociągnąć bardzo chętnie. Nawet ciągnąć go nie musiała - podążył za jej krokiem. - Olśniewająca panienka zamieniła się w waleczną księżniczkę na białym rumaku. - Zażartował delikatnie. Brzmiała i wyglądała dość młodo. I dopiero teraz zaczęła brzmieć dla Laurenta znajomo, tylko nie wiedział, w którym kościele mu dzwoniło. - Dziękuję raz jeszcze. Jestem zobowiązany. - I kiedy eliksir przestał działać, Lyssa mogła zobaczyć oczy jak szkiełka, w których czarodziejsko zaklęto wiecznie poruszane wiatrem, lazurowe fale, ciepły uśmiech i wdzięczność wymalowaną na twarzy. Autentyczną? Och...