09.01.2026, 13:55 ✶
– Taaak, albo jedno, albo drugie – przytaknęła Brenna, bo chyba jej umysł wciąż nie do końca ogarniał całą sytuację, a paranoja szeptała, że może to być jakaś dziwna pułapka. Nie pojmowała tylko za żadne skarby, dlaczego ktoś miałby tak się starać, by taką na nią założyć. Nie, że uważała, że nikt nie chciałby się jej pozbyć – oczywiście, że były takie osoby – ale spodziewałaby się prędzej jakiejś cegły zrzuconej na głowę czy próby dopadnięcia w ciemnej uliczce niż snucia naprawdę bardzo skomplikowanych planów, wymagających używania zaawansowanej magii. Była chyba na to za mało znacząca.
Tyle że alternatywą były dziury czasoprzestrzenne, zmieniacze czasu albo jakieś anomalie, i to wszystko przyprawiało Brennę o ból głowy.
– Dzięki, chociaż mam nadzieję, że dorosłego smoka tam nie trzymają… tylko pisklęta i może jajka – powiedziała, przyjmując bez protestów eliksir. Jeśli faktycznie kłusownicy porwali sobie jakiegoś smoka i trzymali go tam w kajdanach, to chyba byłoby gorsze od pułapki, i groziło spaleniem, zmiażdżeniem, zjedzeniem, rozerwaniem na strzępy i w ogóle kilkoma innymi paskudnymi rzeczami. – Apollo i Sadwick pójdą z nami, mam nadzieję, że to wystarczy. Lokacja, jedna z tych opuszczonych ruin w szkockich lasach… Wiesz, tych, co wyglądają, jakby człowiek mógł się tam spodziewać odkrycia źródeł pradawnej magii, a ostatecznie zwykle zastaje tylko dużo kamienia i obraźliwe napisy na ścianach. Apollo właśnie ogarnia zgody na świstoklik, żeby łatwiej było skoczyć w pobliże…
Zastukała palcami w blat, zamyślając się na moment. Jasnowidz. Myśli Brenny biegły automatycznie ku bardziej prozaicznemu wyjaśnieniu czyli: ktoś od nich mógł mieć jakiś kontakt w Ministerstwie. Albo nawet sam tutaj pracował. Wersja panny Lestrange podobała się jej jednak zdecydowanie bardziej, nawet jeśli oznaczałoby, że mogli przewidzieć ich wizytę i teraz. Naprawdę wystarczająco często oglądała się, niepewna, czy zaraz z jej pleców nie wyrośnie rękojeść czyjegoś noża.
– Ewentualnie trzymają rękę na pulsie i szybko dowiadywali się, że ktoś zadaje niewygodne pytania albo kogoś aresztowano i przenosili się zapobiegliwie… – mruknęła. – W każdym razie, nie spodziewam się tam armii, za łatwo zwróciliby na siebie uwagę, ale na pewno pułapek, kogoś, kto te zwierzaki ogarnia, pewnie jakiejś pomocy… Według notatnika stworzenia wciąż żyły i miała nadzieję, że tak jest. Podejrzewała, że po prostu póki były małe, ich łuski i skóry było tak „niewiele”, że ich ubicie niekoniecznie się opłacało. Cokolwiek planowali z nimi zrobić. – No i pana czarnoksiężnika. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, mam coś w stylu cynku o jednej pułapce, więc powinniśmy ją minąć bez problemów.
Odsunęła się od biurka czekając aż Victoria się zbierze, gotowa po drodze spróbować odpowiedzieć na jej pytania. Spróbować, bo odpowiedzenie na niektóre było zwyczajnie trudne.
– A tak poza tym, jak bawiłaś się wczoraj? Mam nadzieję, że twój partner nie opowiadał o żadnych toaletowych przebojach? – dodała jeszcze szeptem, gdy Lestrange wstała. Nieodpowiedni moment? Może, ale w końcu póki co nie wchodziły do żadnej siedziby kłusowników, więc dlaczego miałaby nie skorzystać z okazji i nie spytać.
Tyle że alternatywą były dziury czasoprzestrzenne, zmieniacze czasu albo jakieś anomalie, i to wszystko przyprawiało Brennę o ból głowy.
– Dzięki, chociaż mam nadzieję, że dorosłego smoka tam nie trzymają… tylko pisklęta i może jajka – powiedziała, przyjmując bez protestów eliksir. Jeśli faktycznie kłusownicy porwali sobie jakiegoś smoka i trzymali go tam w kajdanach, to chyba byłoby gorsze od pułapki, i groziło spaleniem, zmiażdżeniem, zjedzeniem, rozerwaniem na strzępy i w ogóle kilkoma innymi paskudnymi rzeczami. – Apollo i Sadwick pójdą z nami, mam nadzieję, że to wystarczy. Lokacja, jedna z tych opuszczonych ruin w szkockich lasach… Wiesz, tych, co wyglądają, jakby człowiek mógł się tam spodziewać odkrycia źródeł pradawnej magii, a ostatecznie zwykle zastaje tylko dużo kamienia i obraźliwe napisy na ścianach. Apollo właśnie ogarnia zgody na świstoklik, żeby łatwiej było skoczyć w pobliże…
Zastukała palcami w blat, zamyślając się na moment. Jasnowidz. Myśli Brenny biegły automatycznie ku bardziej prozaicznemu wyjaśnieniu czyli: ktoś od nich mógł mieć jakiś kontakt w Ministerstwie. Albo nawet sam tutaj pracował. Wersja panny Lestrange podobała się jej jednak zdecydowanie bardziej, nawet jeśli oznaczałoby, że mogli przewidzieć ich wizytę i teraz. Naprawdę wystarczająco często oglądała się, niepewna, czy zaraz z jej pleców nie wyrośnie rękojeść czyjegoś noża.
– Ewentualnie trzymają rękę na pulsie i szybko dowiadywali się, że ktoś zadaje niewygodne pytania albo kogoś aresztowano i przenosili się zapobiegliwie… – mruknęła. – W każdym razie, nie spodziewam się tam armii, za łatwo zwróciliby na siebie uwagę, ale na pewno pułapek, kogoś, kto te zwierzaki ogarnia, pewnie jakiejś pomocy… Według notatnika stworzenia wciąż żyły i miała nadzieję, że tak jest. Podejrzewała, że po prostu póki były małe, ich łuski i skóry było tak „niewiele”, że ich ubicie niekoniecznie się opłacało. Cokolwiek planowali z nimi zrobić. – No i pana czarnoksiężnika. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, mam coś w stylu cynku o jednej pułapce, więc powinniśmy ją minąć bez problemów.
Odsunęła się od biurka czekając aż Victoria się zbierze, gotowa po drodze spróbować odpowiedzieć na jej pytania. Spróbować, bo odpowiedzenie na niektóre było zwyczajnie trudne.
– A tak poza tym, jak bawiłaś się wczoraj? Mam nadzieję, że twój partner nie opowiadał o żadnych toaletowych przebojach? – dodała jeszcze szeptem, gdy Lestrange wstała. Nieodpowiedni moment? Może, ale w końcu póki co nie wchodziły do żadnej siedziby kłusowników, więc dlaczego miałaby nie skorzystać z okazji i nie spytać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.