Papier nie zdążył nawet krzyknąć.
Ogień połknął księgę zachłannie, jakby od dawna na nią czekał. Litery skręciły się w czarne owady, skóra oprawy pękła z cichym trzaskiem, a zapach palonej wiedzy uderzył go w twarz szybciej niż strach. Savaš cofnął się o pół kroku, odruchowo, zbyt wolno, jak zawsze. W tym jednym geście było wszystko: jego niezdarność, jego spóźnienie, jego wieczne “gdybym tylko”. Przez krótką, okrutną chwilę nie czuł nic. Dopiero potem przyszło to znajome uczucie, jakby coś w środku zapadało się w sobie, jak drewno nadżarte ogniem, które jeszcze trzyma formę, ale już nie ma siły. To nie była złość. Złość wymagała odwagi. To był żal zmieszany z lękiem i tą chorą, wstydliwą potrzebą, by mimo wszystko ją zrozumieć. To nie ona, powtarzał w myślach uparcie, niemal rozpaczliwie. To nigdy nie jest ona.
Patrzył na nią i widział puste naczynie, w którym coś kiedyś było, a teraz tylko odbijało cudze słowa. Jej ruch był zbyt czysty, zbyt precyzyjny, jakby należał do kogoś, kto od dawna ćwiczył ten gest. Larisa zawsze taka była, gdy działo się coś strasznego: chłodna, wyprostowana, doskonała w destrukcji. Jak narzędzie, które nie zadaje pytań. To głos, tłumaczył ją w sobie gorączkowo, jakby sam stał przed sądem. Salazar. Przodek. Cień, który wpełzł jej do głowy, zanim nauczyła się odróżniać własne myśli od cudzych. Bo jak inaczej nazwać tę siłę, która niszczyła wszystko, czego on próbował dotknąć z ostrożnością? Księgi, pytania, wątłe próby zrozumienia zawsze kończyły tak samo. W popiele. W ciszy po krzyku. W chłodzie, który zostawał po niej, gdy już przestawała być “nieobecna”, a znów stawała się kimś ostrym i czujnym.
I właśnie wtedy wróciła ta ciekawość, nie jasna, nie twórcza, nie ta, która kazała mu ślęczeć nad runami. To była ciekawość instynktu. Przetrwania. Chciał wiedzieć, co dzieje się w jej głowie, nie po to, by ją pojąć, lecz by nauczyć się unikać. By rozpoznać moment, w którym coś się w niej przestawiało: ledwie zauważalne napięcie w barkach, spłycenie oddechu, to szczególne skupienie, które zawsze poprzedzało katastrofę. Jeśli zrozumie schemat, może zniknie, zanim podniesie różdżkę. Jeśli nauczy się rytmu głosu Salazara, może wyjdzie z pomieszczenia, zanim ten znajdzie ujście. Ale ta myśl niosła ze sobą lęk jeszcze głębszy. Bał się, że gdyby spróbował zajrzeć za daleko gdyby naprawdę spróbował wyobrazić sobie jej myśli, jej mgłę, jej wewnętrzną ciszę, już by nie wrócił. Że w jej głowie nie ma chaosu, lecz porządek tak obcy, że mógłby go wciągnąć bez reszty. Że to nie jest pustka, lecz labirynt zbudowany z ambicji, gniewu i cudzych szeptów, w którym łatwo zgubić samego siebie. Czasem wydawało mu się, że znalazłby tam świat bez hamulców, miejsce, gdzie każda krzywda jest środkiem, a każde pragnienie usprawiedliwione. Bał się, że zbyt długie patrzenie w ten mrok odebrałoby mu zdolność powrotu do prostych rzeczy; do zapachu drewna, do ciszy warsztatu, do tej kruchej normalności, która jeszcze trzymała go przy rzeczywistości.
Dlatego balansował. Zawsze balansował. Wystarczająco blisko, by przewidzieć uderzenie. Wystarczająco daleko, by nie stracić siebie. Nie chciał jej zrozumieć, chciał ją przeżyć. A pod tym wszystkim tliła się myśl najbardziej niebezpieczna ze wszystkich: że jeśli kiedyś naprawdę pojąłby, co kryje się w jej głowie, odkryłby, że ta ciemność nie jest jej obca. Że jest dziedziczna. I że czeka także na niego. -Gdyby nie on, nie byłabyś taka. Wiem to. - Dodał szeptem, niemal zaklinając rzeczywistość, by nie pękła pod ciężarem tej myśli.