06.03.2023, 01:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2023, 01:10 przez Florence Bulstrode.)
Florence nie miała zamiaru pacyfikować Cody'ego, póki też się na nią nie rzuci. Tak, w pewnym sensie dyskryminowała wampiry, choć sama nie nazwałaby tego dyskryminacją - raczej uzasadnioną obawą wobec kogoś, kto potrzebował czyjejś krwi, aby żyć. Ale Bulstrode po prostu nie była w stanie użyć prawdziwej przemocy, dopóki nie widziała innego wyjścia. A Brandon zdawał się zdenerwowany, owszem. Był jak kłębek pełen wściekłości i próbował kąsać, ale na razie tylko metaforycznie, nie pomyślała więc nawet o rzuceniu w niego żadnego czaru.
Zwłaszcza, gdy wspomniał, że jest sam, a przecież ledwo co przyszedł tu z matką.
Nie miała pojęcia, że Cody był z nią spokrewniony, że był w istocie synem jednej z jej kuzynek, której nie mogła pamiętać, bo odesłano ją z domu, gdy Florence była małym brzdącem. Poza tym, po prawdzie, Brandon miał rację: nie ucieszyłaby się, dowiadując, że są spokrewnieni, nie z powodu „skazy”, jaką było charłactwo matki czy mugolska krew ojca, bo nad tymi potrafiłaby przejść do porządku dziennego, lecz ze względu na ostrożność wobec wampirów. Ale wiedziała, że parę lat temu przyszedł do niej z matką. I skoro nie miał nikogo, to ta albo zmarła, albo odrzuciła syna wampira - i Florence nawet się nie dziwiła, że mugolka (za jaką miała panią Brandon) o ile mogła zaakceptować dziecko czarodzieja, mogłaby nie poradzić sobie z wampirem. Nie przy tym, jak przedstawiały ich mugolskie wierzenia...
Może dlatego zrobiło się jej trochę żal tego chłopaka i jego matki.
- Mugolski szpital to zły wybór. Mogą wezwać do ciebie policję, przecież nie wejdziesz tam z ulicy kupić krew. Nie wspominając o tym, że tam jest znacznie więcej rannych niż tu - powiedziała. To znaczy, do Munga trafiała podobna liczba rannych, ale tu z ranami radzili sobie znacznie lepiej. Florence zerknęła krótko na Sarah, która naburmuszona przeszła z powrotem do okienka i wyciągnęła formularze. Okazało się zresztą, że już je uzupełniła, brakowało tylko pieczątki. - Za tydzień w dniu przed dyżurem po prostu sama oddam krew - stwierdziła w końcu, słowa kierując bardziej do recepcjonistki niż do wampira. Tak naprawdę nawet nie chodziło o niego. Nie do końca przynajmniej. Raczej o to, co mógłby zrobić, gdyby nie uzyskał krwi w legalny sposób. A oddanie krwi nie było znowu aż tak wielkim poświęceniem, bo miała dostęp do eliksirów i mogła wypić choćby resztkę z fiolki przeznaczonej dla pacjenta, która przekraczała dawkę i byłaby przeznaczona dla utylizacji.
Znów zwróciła spojrzenie na Brandona, kiedy Sarah popchnęła ku niemu formularze. Rzeczywiście bardzo uważne. Bo próbowała spojrzeć nie tyle na tego Cody’ego, który stał przed nią, a na jego przyszłość. Przejrzeć jego intencje i upewnić się… że nie zrobi wkrótce nic głupiego, skoro jak sam przyznawał, miał problemy z panowaniem nad sobą.
Zwłaszcza, gdy wspomniał, że jest sam, a przecież ledwo co przyszedł tu z matką.
Nie miała pojęcia, że Cody był z nią spokrewniony, że był w istocie synem jednej z jej kuzynek, której nie mogła pamiętać, bo odesłano ją z domu, gdy Florence była małym brzdącem. Poza tym, po prawdzie, Brandon miał rację: nie ucieszyłaby się, dowiadując, że są spokrewnieni, nie z powodu „skazy”, jaką było charłactwo matki czy mugolska krew ojca, bo nad tymi potrafiłaby przejść do porządku dziennego, lecz ze względu na ostrożność wobec wampirów. Ale wiedziała, że parę lat temu przyszedł do niej z matką. I skoro nie miał nikogo, to ta albo zmarła, albo odrzuciła syna wampira - i Florence nawet się nie dziwiła, że mugolka (za jaką miała panią Brandon) o ile mogła zaakceptować dziecko czarodzieja, mogłaby nie poradzić sobie z wampirem. Nie przy tym, jak przedstawiały ich mugolskie wierzenia...
Może dlatego zrobiło się jej trochę żal tego chłopaka i jego matki.
- Mugolski szpital to zły wybór. Mogą wezwać do ciebie policję, przecież nie wejdziesz tam z ulicy kupić krew. Nie wspominając o tym, że tam jest znacznie więcej rannych niż tu - powiedziała. To znaczy, do Munga trafiała podobna liczba rannych, ale tu z ranami radzili sobie znacznie lepiej. Florence zerknęła krótko na Sarah, która naburmuszona przeszła z powrotem do okienka i wyciągnęła formularze. Okazało się zresztą, że już je uzupełniła, brakowało tylko pieczątki. - Za tydzień w dniu przed dyżurem po prostu sama oddam krew - stwierdziła w końcu, słowa kierując bardziej do recepcjonistki niż do wampira. Tak naprawdę nawet nie chodziło o niego. Nie do końca przynajmniej. Raczej o to, co mógłby zrobić, gdyby nie uzyskał krwi w legalny sposób. A oddanie krwi nie było znowu aż tak wielkim poświęceniem, bo miała dostęp do eliksirów i mogła wypić choćby resztkę z fiolki przeznaczonej dla pacjenta, która przekraczała dawkę i byłaby przeznaczona dla utylizacji.
Znów zwróciła spojrzenie na Brandona, kiedy Sarah popchnęła ku niemu formularze. Rzeczywiście bardzo uważne. Bo próbowała spojrzeć nie tyle na tego Cody’ego, który stał przed nią, a na jego przyszłość. Przejrzeć jego intencje i upewnić się… że nie zrobi wkrótce nic głupiego, skoro jak sam przyznawał, miał problemy z panowaniem nad sobą.
Rzut Z 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana