14.01.2026, 13:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2026, 00:06 przez Samuel McGonagall.)
Ucieszył się, szczerze i otwarcie, że przyjęła cukierek, a jeszcze bardziej, gdy włożyła go do buzi. Uśmiech ten jednak zastygł na dziecięcej twarzyczce, gdy zaczęła go wypytywać o to gdzie mieszkał. Gdy zapytała o tatę
Samuel nigdy nie był dobry w kłamanie.
Właściwie. Łatwiej mu przychodziło nie mówić wcale, niż mówić cokolwiek co mogłoby nie być prawdą.
Dlatego nadął się, a uszy zapłonęły mu żywym ogniem (w sensie z oczywistych względów metaforycznych. Wszak żywioł, który miał zawrzeć jego krew za parę lat był związany z ziemią, wcale nie ogniem).
-Toniejestwcalefarmaimamaniepozwalamirozmawiaćznieznajomymiipójdęjużmoże - wydukał, a oczy mu załzawiły, bo przecież chciał powiedzieć, a nie mógł, matka była bardzo jednoznaczna w uświadomieniu mu, że jakiekolwiek wspomnienie ojca go zabije. A żadne dziecko nie chciało przecież śmierci swojego rodzica prawda?
- Ale też mam swój las. I mój las jest bardzo fajny. Najlepszy. - wyrzucił z siebie jeszcze, stając w obronie Kniei bo na pewno nie było lasu lepszego od Kniei - nie żeby jakikolwiek inny kiedykolwiek widział. Ostatnie słowa jednak prawie że wykrzyczał nim czmychnął.
Potem jeszcze podczas jarmarku minęli się kilka razy. I może Helli się tylko wydawało, ale usłyszała przechodząc obok urwisa niezdarne wybąkane przepraszam, które szybko zgasło w żelaznych szponach wysokiej, wysuszonej niewiasty, które zacisnęły się na chłopięcym ramieniu.
Każdy miał swoją babę jagę.
Lata mijały. Podobnie jak jarmarki i inne spotkania w których Helloise nie zmieniała się już aż tak bardzo, gdy jasnowłosy chłopiec rósł jak brzoza, zaś zgodnie ze starym porzekadłem, rozumu miał tyle co koza. Do tego czasu można było się już zorientować, że Samuel żył z matką w lesie i choć w większości byli samowystarczalni, ten raz, dwa razy do roku pojawiali się w okolicach targowiska Lovegoodów sprzedając różne towary, które były dostępne w najciemniejszych ostępach wielkiej magicznej puszczy.
Kilka wymienionych przez lata słów, urosło o rząd czy dwa nawet, a Samuel nie tylko Helloise lubił, ale czasami odwiedzał.
Tak jak dziś, gdy czekając na nią postanowił ulepić ze śniegu hałdą uwalonego pod płotem bałwana. I to nie byle jakiego! Śnieg uformował w rosłego niedźwiedzia, nie żeby chciał jej się pochwalić swoim talentem, ale trochę chciał, a trochę nie mógł. Prawda zdawała się jednak wyciekać mu uszami, a teraz i dłońmi! Właśnie wkładał do misiowej paszczy wyłuskane kawałki szyszki zamiast kłów, gdy został nakryty na gorącym uczynku.
- Ha! Witaj! Przyniosłem Ci sadło o które prosiłaś - uzasadnił swoją obecność, bo choć rozmawiali o tym w lecie, to zapamiętał, że zimą bywało z tym konkretnym sadłem bardzo ciężko. Nie prosiła go o pomoc, ale on… najwidoczniej nie potrafił nie pomóc.
Samuel nigdy nie był dobry w kłamanie.
Właściwie. Łatwiej mu przychodziło nie mówić wcale, niż mówić cokolwiek co mogłoby nie być prawdą.
Dlatego nadął się, a uszy zapłonęły mu żywym ogniem (w sensie z oczywistych względów metaforycznych. Wszak żywioł, który miał zawrzeć jego krew za parę lat był związany z ziemią, wcale nie ogniem).
-Toniejestwcalefarmaimamaniepozwalamirozmawiaćznieznajomymiipójdęjużmoże - wydukał, a oczy mu załzawiły, bo przecież chciał powiedzieć, a nie mógł, matka była bardzo jednoznaczna w uświadomieniu mu, że jakiekolwiek wspomnienie ojca go zabije. A żadne dziecko nie chciało przecież śmierci swojego rodzica prawda?
- Ale też mam swój las. I mój las jest bardzo fajny. Najlepszy. - wyrzucił z siebie jeszcze, stając w obronie Kniei bo na pewno nie było lasu lepszego od Kniei - nie żeby jakikolwiek inny kiedykolwiek widział. Ostatnie słowa jednak prawie że wykrzyczał nim czmychnął.
Potem jeszcze podczas jarmarku minęli się kilka razy. I może Helli się tylko wydawało, ale usłyszała przechodząc obok urwisa niezdarne wybąkane przepraszam, które szybko zgasło w żelaznych szponach wysokiej, wysuszonej niewiasty, które zacisnęły się na chłopięcym ramieniu.
Każdy miał swoją babę jagę.
styczeń 1963
Lata mijały. Podobnie jak jarmarki i inne spotkania w których Helloise nie zmieniała się już aż tak bardzo, gdy jasnowłosy chłopiec rósł jak brzoza, zaś zgodnie ze starym porzekadłem, rozumu miał tyle co koza. Do tego czasu można było się już zorientować, że Samuel żył z matką w lesie i choć w większości byli samowystarczalni, ten raz, dwa razy do roku pojawiali się w okolicach targowiska Lovegoodów sprzedając różne towary, które były dostępne w najciemniejszych ostępach wielkiej magicznej puszczy.
Kilka wymienionych przez lata słów, urosło o rząd czy dwa nawet, a Samuel nie tylko Helloise lubił, ale czasami odwiedzał.
Tak jak dziś, gdy czekając na nią postanowił ulepić ze śniegu hałdą uwalonego pod płotem bałwana. I to nie byle jakiego! Śnieg uformował w rosłego niedźwiedzia, nie żeby chciał jej się pochwalić swoim talentem, ale trochę chciał, a trochę nie mógł. Prawda zdawała się jednak wyciekać mu uszami, a teraz i dłońmi! Właśnie wkładał do misiowej paszczy wyłuskane kawałki szyszki zamiast kłów, gdy został nakryty na gorącym uczynku.
- Ha! Witaj! Przyniosłem Ci sadło o które prosiłaś - uzasadnił swoją obecność, bo choć rozmawiali o tym w lecie, to zapamiętał, że zimą bywało z tym konkretnym sadłem bardzo ciężko. Nie prosiła go o pomoc, ale on… najwidoczniej nie potrafił nie pomóc.