Może to i dobrze, że nie spędzili tam więcej czasu i się za bardzo nie rozgościli. Działali w dobrej wierze na podstawie faktycznego wezwania, ale nie oznaczało to, że mogli robić, co tylko im się żywnie podobało. Nie znał wprawdzie Pani Dolohov zbyt dobrze, więc nie mógł ocenić, jak zareagowałaby na ich ewentualne myszkowanie w biurze. Mając jednak za sobą wiele lat doświadczenia, domyślał się, że odpowiedź mogła plasować się gdzieś pomiędzy złożeniem skargi, czy oskarżeniem o kradzież, a uprzejmym podziękowaniem za wzięciem sprawy jej zniknięcia na poważnie. Ile ludzi, tyle możliwych reakcji.
Rozejrzał się po poczekalni. Cóż, tyle dobrego, że nie trafili w sam środek niekończącej się kolejki. Nie, żeby miał jakieś opory przed tym, aby w razie potrzeby kulturalnie przesunąć ich oboje na sam przód kolejki, legitymując się przy tym asystentowi, włącznie z powołaniem się na szefostwo departamentu, w którym pracował. Miał jednak świadomość tego, że taka sytuacja mogłaby wywołać niepotrzebne napięcie i niezadowolenie wśród klientów. Dlatego niezmiernie wręcz się cieszył, że nie musiał tego robić i zamiast tego mogli w spokoju poczekać na „audiencję” u Mistrza Dolohova.
Bądź co bądź, Erik był cierpliwym człowiekiem, praca w Ministerstwie Magii poniekąd to wymuszała, a też nie widział potrzeby ku temu, aby robić sobie wrogów bez powodu. Byli tu w dobrej wierze. Poza tym miał cichą nadzieję, że uda im się załatwić całą sprawę szybko i sprawnie. Kto wie, może mężczyzna faktycznie miał sprawdzone informacje co do tego, co też przydarzyło się jego małżonce? Gdyby jeszcze był skory podzielić się tymi wiadomościami, to bardzo by im pomógł w doprowadzeniu wezwania do końca.
— Dlaczego pytasz? Nie wierzysz mu? — spytał Mav z kamienną twarzą. Starał się zachować stateczną minę, ale jego usta szybko uformowały się w uśmiech. — Cóż, jest dosyć popularny. Jeśli oszukuje, to robi to cholernie dobrze, skoro dalej cieszy się sporym zainteresowaniem. Moja opinia? Nie mamy nic do stracenia. Podobne umiejętności posiadają ludzie w Departamencie. Jeśli zlekceważymy wróżby Mistrza Dolohova, to równie dobrze możemy zakwestionować widmowidzenie Brenny.
Wzruszył lekko ramionami. Dar, jakim odznaczała się jego siostra, bywał niebywale przydatny w kwestiach zawodowych, a także prywatnych, chociaż Erik nie miał złudzeń, że umiejętność ta niosła za sobą same plusy. Musiało to odciskać jakieś piętno na dziewczynie. Widział na własne oczy, jak pracuje i przygotowuje się do zajrzenia w przeszłość różnego rodzaju przedmiotów, czy miejsc. Słyszał jej interpretacje zdarzeń, czy szczegółowy opis określonych zdarzeń. Nie miał powodu jej nie wierzyć, zwłaszcza jeśli potrafił porównać jej wizje z własnymi wspomnieniami.
Skoro wierzył Brennie, to nie miał dużych oporów przed zawierzeniem Vakelowi. Inna sprawa, że jeśli mieli zagłębiać się w prawdopodobne wizje przyszłości, to Erik faktycznie mógłby podać w wątpliwość to, czy przepowiednie dojdą do skutku. Osobiście wolał wierzyć, że zdarzenia dotyczące przysłowiowego jutra mogą ulec zmianie pod wpływem wystarczająco uporczywych działań określonych osób. Ludzka siła woli oraz determinacja musiała się na coś zdać, czyż nie? Może nie zajdzie to aż tak daleko, pomyślał z nadzieją. Kto wie, jasnowidz mógł wiedzieć, co się stało z jego partnerką.
— Wygląda na całkiem zadowoloną z efektów — skomentował normalnym tonem, uśmiechając się pogodnie do siedzącego za biurkiem asysta, kiedy minęła ich wychodząca kobieta.
Jego twarz wróciła do neutralnego wyrazu twarzy, gdy klientka opuściła budynek. Erik poprawił poły munduru, podążając za kuzynką do środka. Musiał się schylić, by nie uderzyć czubkiem głowy we framugę, kiedy przekraczał próg drzwi prowadzących do głównego gabinetu Vakela. W przeciwieństwie do Mavelle, przed ewentualnym zajęciem miejsca siedzącego, postanowił przywitać się nieco bardziej... elegancko. Zwłaszcza że w jego mniemaniu mężczyzna wyglądał tego dnia nadzwyczaj dobrze i śmiało mógłby właśnie brać udział w najnowszej sesji zdjęciowej do Czarownicy.
— Mistrzu Dolohov — Skinął uprzejmie głową. Chciał oddać mu odpowiedni szacunek. A może też połechtać ego w nadziei, że ułatwi to przebieg rozmowy. — Jestem Erik Longbottom, a to Mavelle Bones z Brygady Uderzeniowej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Badamy wezwanie dotyczące Pana żony. Sąsiedzi zwrócili uwagę na jej nieobecność w gabinecie oraz niepokojące hałasy poprzedzające jej zniknięcie. — Zatrzymał na chwilę swój głos, badając uważnie spojrzeniem wróżbitę. Czyżby nie spodziewał się takiej informacji? Czy może nie zrobiła na nim żadnego wrażenia? Przez jego twarz przemknął cień zdziwienia, lecz zaraz zniknął, zastąpiony przez maskę obojętności. — Czy kontaktowała się z Panem w ciągu ostatnich kilku godzin lub zostawiła jakąś wiadomość? Wolelibyśmy wykluczyć nagłe wezwanie do pacjenta lub rodzinną interwencję.
Otwarte drzwi, jak i ślady pozostawione w gabinecie nie sugerowały, aby Annaleigh opuściła gabinet sama. Wyglądało wręcz na to, że zniknęła ze swymi niezidentyfikowanymi towarzyszami w stosunkowym pośpiechu. Mimo to wiedza Vakela odnośnie do dzisiejszych poczynań jego żony mogła rozwiać mgiełkę tajemnicy, która spowijała tę sprawę. Pytanie tylko, czy dzięki temu zdołają popchnąć sprawę do przodu. Erik rozejrzał się na boki, jakby przez moment przeszło mu przez myśl, że kobieta mogła czaić się gdzieś w kącie i tylko czekać, aż mąż wezwie ją do swojego boku.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞