14.01.2026, 19:35 ✶
Pokiwał głową z wdzięcznością za pocieszające słowa. Nie znał Gregorowiczów, ale też i popatrzył na Vlada inaczej, gdy padła ta informacja. Z szacunkiem.
– Ja... ja nigdy nie planowałem robić różdżek. Po prostu lubię drewno. Ono ma... coś w sobie, w swojej fakturze, w swoim istnieniu, co sprawia, że... zdaje mi się, że czuję energię, która w nim jest. Może to przez bło... znaczy... klątwa. Klątwa żywiołów. – Odetchnął, po czym zapchał sobie usta jedzeniem. Nie chciał już o tym mówić, wolał słuchać głosów, spokojnych rozmów, uczucia, że należy do jakiejś niewielkiej rodziny, do miejsca, przez które nie przepływają niezliczone rzesze dusz. Do jamy. Bezpiecznej, ciepłej jamy.
W końcu jednak trzeba było wyjść i na plac Lovegoodów dotarli o dziwo - na czas.
Zrobili rekonesans, rozłożyli narzędzia, przejrzeli dostarczone przez rodzinę materiały. Nie było tego wiele, musiało wystarczyć. Sam zamyślił się.
– Rozwiązania prowizoryczne... na to się to wszystko nadaje. Martwię się, że tym biednym ludziom deski posypią się na głowę. – Palcami dotknął desek. Były wilgotne, drzewo nie było dobrze leżakowane. Skrzywił się na ten wniosek, nie lubił papudractwa.
– Zobacz Niko, z tego nic nie będzie, muszę porozma... po... – przygryzł wargę zniechęcony, pocierając nerwowo jasną czuprynę i rozglądając się za jakimś Lovegoodem w zasięgu. Takim ważnym, decyzyjnym, czy powinien mieć on złoty łańcuch? Całość umowy była dogadywana korespondencyjnie, a jemu wciąż mieszały się imiona i nazwiska w głowie. Był w stanie bardzo precyzyjnie z pamięci wyrecytować łacińskie nazwy wszystkiego co żywe w Kniei, ale ludzie Doliny... umykali mu. Może gdyby nosili łacińskie nazwy byłoby łatwiej? – Orientujesz się, który jest przywódcą stada? – zapytał Nikolaia pochylając się ku niemu, szorstkimi od roboty palcami skubiąc nerwowo mankiet kraciastej koszuli.
– Ja... ja nigdy nie planowałem robić różdżek. Po prostu lubię drewno. Ono ma... coś w sobie, w swojej fakturze, w swoim istnieniu, co sprawia, że... zdaje mi się, że czuję energię, która w nim jest. Może to przez bło... znaczy... klątwa. Klątwa żywiołów. – Odetchnął, po czym zapchał sobie usta jedzeniem. Nie chciał już o tym mówić, wolał słuchać głosów, spokojnych rozmów, uczucia, że należy do jakiejś niewielkiej rodziny, do miejsca, przez które nie przepływają niezliczone rzesze dusz. Do jamy. Bezpiecznej, ciepłej jamy.
W końcu jednak trzeba było wyjść i na plac Lovegoodów dotarli o dziwo - na czas.
Zrobili rekonesans, rozłożyli narzędzia, przejrzeli dostarczone przez rodzinę materiały. Nie było tego wiele, musiało wystarczyć. Sam zamyślił się.
– Rozwiązania prowizoryczne... na to się to wszystko nadaje. Martwię się, że tym biednym ludziom deski posypią się na głowę. – Palcami dotknął desek. Były wilgotne, drzewo nie było dobrze leżakowane. Skrzywił się na ten wniosek, nie lubił papudractwa.
– Zobacz Niko, z tego nic nie będzie, muszę porozma... po... – przygryzł wargę zniechęcony, pocierając nerwowo jasną czuprynę i rozglądając się za jakimś Lovegoodem w zasięgu. Takim ważnym, decyzyjnym, czy powinien mieć on złoty łańcuch? Całość umowy była dogadywana korespondencyjnie, a jemu wciąż mieszały się imiona i nazwiska w głowie. Był w stanie bardzo precyzyjnie z pamięci wyrecytować łacińskie nazwy wszystkiego co żywe w Kniei, ale ludzie Doliny... umykali mu. Może gdyby nosili łacińskie nazwy byłoby łatwiej? – Orientujesz się, który jest przywódcą stada? – zapytał Nikolaia pochylając się ku niemu, szorstkimi od roboty palcami skubiąc nerwowo mankiet kraciastej koszuli.