15.01.2026, 14:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2026, 11:25 przez Urd Nordgesim.)
Właściwie nie przeszkadzało jej rozmawianie o czymś, o czym nie miała pojęcia. Przez lata podróży i pracy przyzwyczaiła się do słuchania o bardzo dziwnych i bardzo nudnych dla niej tematach. Z tego wszystkiego ptaszniki i węże nie były wcale takie straszne, wręcz przeciwnie, uroczo kontrastowały ze świątecznym niemal charakterem nadanym okolicznościom przez grzane, korzenne wino i jej czerwony sweter (bo czy było potrzebne coś jeszcze?)
– Dłuższy pobyt? – zapytała nieco rozkojarzonym głosem, słodko rozkosznym, jakby dopiero przebudziła się i pilnie potrzebowała kawy. Jej dłoń powędrowała w leniwym geście do głowy, zmrużyła oczy w zastanowieniu, kokieterii, która niegdyś gwarantowała jej przetrwanie, a teraz stała się nawykiem zbyt trudnym do wyplenienia nawet w sytuacji, w której takie zachowanie nie miało większej potrzeby ani sensu. – No nie wiem, nie wiem, musiałabym szczerze znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie. Oszczędności tak łatwo się kurczą, zwłaszcza jak trzeba było się pokazać na tej niedawnej imprezie... jak się nazywała ta rodzina? To nie są Delacourowie tylko Ci drudzy... – Nie to, że nie pamiętała. Ot odrobina podroczenia się z rzeczywistością, zachowanie godne osoby niezbyt dobrze zorientowanej, a przez to bezpiecznej w rozmowie.
– Ciocia, ciocia... – pokręciła głową z niedowierzaniem, gdy usłyszała to zaproszenie. – Musiałaś na mnie donieść, co nie kuzyneczko?– Rozłożyła się wygodniej na swoim krześle, wysunęła do przodu nogi, niby przeciągając się, a przecież nie mogło to być przypadkiem, że trąciła butem pod stołem but swojej "krewniaczki". Nie sposób było jednak Urd nie przyznać, że akurat matka Ceolsige była jej jedyną ciocią, jedyną osobą, która nie srała żarem na jej widok po stronie Norgersim. – Ciekawie macie tam na tym nokturnie... karaluchy, szczury i inne gryzonie. Nie jestem pewna czy to miejsce odpowiednie dla kogoś takiego jak ja. Zleceniodawcy pewnie też mało... hojnie. – pokręciła nosem, rozmyślając przez tor rozmowy nad swoimi dalszymi krokami. Żyła chwilą, ale coś musiało tę chwilę opłacić. Albo najlepiej ktoś. – Teraz bardziej straszą wyrwy po domach niż duchy. – skrzywiła się znów, bo miasto wciąż wyglądało opłakanie. Nie żeby miała porównanie, w końcu była tu dopiero trzeci tydzień. Zamiast gderać więc dalej osuszyła kubeczki degustacyjne i dogrzała się ostatnim tchnieniem herbaty z duchem.
– Dłuższy pobyt? – zapytała nieco rozkojarzonym głosem, słodko rozkosznym, jakby dopiero przebudziła się i pilnie potrzebowała kawy. Jej dłoń powędrowała w leniwym geście do głowy, zmrużyła oczy w zastanowieniu, kokieterii, która niegdyś gwarantowała jej przetrwanie, a teraz stała się nawykiem zbyt trudnym do wyplenienia nawet w sytuacji, w której takie zachowanie nie miało większej potrzeby ani sensu. – No nie wiem, nie wiem, musiałabym szczerze znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie. Oszczędności tak łatwo się kurczą, zwłaszcza jak trzeba było się pokazać na tej niedawnej imprezie... jak się nazywała ta rodzina? To nie są Delacourowie tylko Ci drudzy... – Nie to, że nie pamiętała. Ot odrobina podroczenia się z rzeczywistością, zachowanie godne osoby niezbyt dobrze zorientowanej, a przez to bezpiecznej w rozmowie.
– Ciocia, ciocia... – pokręciła głową z niedowierzaniem, gdy usłyszała to zaproszenie. – Musiałaś na mnie donieść, co nie kuzyneczko?– Rozłożyła się wygodniej na swoim krześle, wysunęła do przodu nogi, niby przeciągając się, a przecież nie mogło to być przypadkiem, że trąciła butem pod stołem but swojej "krewniaczki". Nie sposób było jednak Urd nie przyznać, że akurat matka Ceolsige była jej jedyną ciocią, jedyną osobą, która nie srała żarem na jej widok po stronie Norgersim. – Ciekawie macie tam na tym nokturnie... karaluchy, szczury i inne gryzonie. Nie jestem pewna czy to miejsce odpowiednie dla kogoś takiego jak ja. Zleceniodawcy pewnie też mało... hojnie. – pokręciła nosem, rozmyślając przez tor rozmowy nad swoimi dalszymi krokami. Żyła chwilą, ale coś musiało tę chwilę opłacić. Albo najlepiej ktoś. – Teraz bardziej straszą wyrwy po domach niż duchy. – skrzywiła się znów, bo miasto wciąż wyglądało opłakanie. Nie żeby miała porównanie, w końcu była tu dopiero trzeci tydzień. Zamiast gderać więc dalej osuszyła kubeczki degustacyjne i dogrzała się ostatnim tchnieniem herbaty z duchem.