15.01.2026, 14:39 ✶
Być może i siedział przed nim jeden z Zagubionych Chłopieców, niedorosły jeszcze do roli ojca czy męża, nieświadomy błędu, jaki popełnił, w dobrej wierze przemierzając ulicę Pokątną by sprawdzić co stało się z jego mistrzem, pozostając na chwilę by upewnić się, by ochłonąć, by zmyć z siebie znajomym zapachem kuchu i drobinek drewna smród rzeki dusz przelewającej się przez Klubokawiarnię Nory.
Chciał pomóc im wszystkim, to leżało jego w naturze, która mimo zaszczepionego przez matkę lęku do społeczności, nie potrafiła odmawiać prośbie o pomoc. I pomogał ile mógł, jak długo mógł zawierzyć, że klątwa nie odezwie się i nie skrzywdzi wszystkich z niemniejszą mocą niż gniew lorda Voldemorta.
Tak na prawdę... był szczęściarzem. Nikt go nie ścigał. Nikt nie zaatakował, gdy wyszedł poza klubokawiarnię. Nikt nie dopytywał jaka krew płynie w jego żyłach. I teraz też, przebywając w tym spokojnym miejscu otoczonym przez chaos, czekał na herbatę jak wędrowiec czekający kokosa z wodą, w oazie po środku pustyni.
Powrót Garricka zastał go nad różdżkami, gdy opuszkami palców gładził te dokończone i te, które wciąż wymagały ostatniego szlifu. Powoli, metodycznie, rozpoznawał drewno, powtarzał w głowie jego magiczne zdolności i nade wszystko doceniał kunszt mistrza, znajdując w tym spokój, rodzaj medytacji pozbawionej modlitwy. Dom. Jeśli nie Knieja, to o ileż bardziej tu czuł się bardziej jak w domu niż gdziekolwiek indziej.
A potem przysiadł na zydlu, drącymi dłońmi ujmując cienką i delikatną filiżaneczkę, zasłuchany w jego słowa, w spokój, który zagościł w głosie gospodarza tak niespodziewanie, słowa które i jemu dawały spokój duszy, dając mu coś czego mógł się chwycić - dzień, tydzień, miesiąc po pożarze, po tragedii, po koszmarze, któego wciąż nie był w stanie objąć rozumem.
– Jeśli Dolina płonie... będę musiał na jakiś czas tam wrócić. Jest tam wiele osób, które pomogło mi na moim wygnaniu. Babcia Nory, państwo Longbottomowie, ludzie i rodziny, którym pomogłem z wyposażeniem domu a teraz...teraz nie wiem czy będą mieć ten dom. – Nawet nie myślał o własnym warsztacie, o domu, który chciał zbudować nie tylko dla siebie. Być może łatwo było o tym zapomnieć, skoro jego ukochana od samego początku zarzekała się, że nie zamierza się przeprowadzić, ni dzielić nocy między czarodziejską metropolię a prowincję.
Sam zapatrzył się w filiżankę, bojąc się ruszać, aby w nagłej niezdarności nie upuścić jej i utłuc. Zgrubiała od roboty skóra nie mogła docenić gładkości porcelany, ale jego myśli uciekały w zupełnie inne miejsce.
– Czemu... czemu ludzie sobie to robią? Niszczą miasta. Zabijają się. Ziemi i jedzenia jest dość. Więc po co? – zapytał w końcu, nie podnosząc głowy.
Chciał pomóc im wszystkim, to leżało jego w naturze, która mimo zaszczepionego przez matkę lęku do społeczności, nie potrafiła odmawiać prośbie o pomoc. I pomogał ile mógł, jak długo mógł zawierzyć, że klątwa nie odezwie się i nie skrzywdzi wszystkich z niemniejszą mocą niż gniew lorda Voldemorta.
Tak na prawdę... był szczęściarzem. Nikt go nie ścigał. Nikt nie zaatakował, gdy wyszedł poza klubokawiarnię. Nikt nie dopytywał jaka krew płynie w jego żyłach. I teraz też, przebywając w tym spokojnym miejscu otoczonym przez chaos, czekał na herbatę jak wędrowiec czekający kokosa z wodą, w oazie po środku pustyni.
Powrót Garricka zastał go nad różdżkami, gdy opuszkami palców gładził te dokończone i te, które wciąż wymagały ostatniego szlifu. Powoli, metodycznie, rozpoznawał drewno, powtarzał w głowie jego magiczne zdolności i nade wszystko doceniał kunszt mistrza, znajdując w tym spokój, rodzaj medytacji pozbawionej modlitwy. Dom. Jeśli nie Knieja, to o ileż bardziej tu czuł się bardziej jak w domu niż gdziekolwiek indziej.
A potem przysiadł na zydlu, drącymi dłońmi ujmując cienką i delikatną filiżaneczkę, zasłuchany w jego słowa, w spokój, który zagościł w głosie gospodarza tak niespodziewanie, słowa które i jemu dawały spokój duszy, dając mu coś czego mógł się chwycić - dzień, tydzień, miesiąc po pożarze, po tragedii, po koszmarze, któego wciąż nie był w stanie objąć rozumem.
– Jeśli Dolina płonie... będę musiał na jakiś czas tam wrócić. Jest tam wiele osób, które pomogło mi na moim wygnaniu. Babcia Nory, państwo Longbottomowie, ludzie i rodziny, którym pomogłem z wyposażeniem domu a teraz...teraz nie wiem czy będą mieć ten dom. – Nawet nie myślał o własnym warsztacie, o domu, który chciał zbudować nie tylko dla siebie. Być może łatwo było o tym zapomnieć, skoro jego ukochana od samego początku zarzekała się, że nie zamierza się przeprowadzić, ni dzielić nocy między czarodziejską metropolię a prowincję.
Sam zapatrzył się w filiżankę, bojąc się ruszać, aby w nagłej niezdarności nie upuścić jej i utłuc. Zgrubiała od roboty skóra nie mogła docenić gładkości porcelany, ale jego myśli uciekały w zupełnie inne miejsce.
– Czemu... czemu ludzie sobie to robią? Niszczą miasta. Zabijają się. Ziemi i jedzenia jest dość. Więc po co? – zapytał w końcu, nie podnosząc głowy.