Maddox nie czuł, by stali po dwóch różnych stronach barykady. Nigdy tak tego nie widział. Barykady budują ci, którzy potrzebują prostych linii podziału, a on nigdy nie ufał światu, który próbował wmówić mu, że coś jest czarne albo białe. Nie współpracował z żadnym lordem, i nie zamierzał. Każdy, kto tytułował samego siebie władcą i oczekiwał tego od innych, zasługiwał co najwyżej na śmiech. Za nic miał te wszystkie sztuczne autorytety, hierarchie budowane na nazwach i strachu, wywyższanie się ponad innych tylko dlatego, że ktoś uznał się za więcej. Jeśli istniała wojna, o której mówiła, to nie była wojną krwi ani idei. Była wojną o to, czy człowiek-wilkołak ma prawo żyć po swojemu. I w tej wojnie nigdy nie byli po przeciwnych stronach.
Kiedy mówiła o rodzinie, o pełni spędzonej z dala od Londynu, poczuł coś, co rzadko dopuszczał do głosu: ulgę. Uważał to za dobry pomysł. Lepszy niż cokolwiek, co on mógłby jej zaproponować. Wiedział, że na Ścieżkach znalazłby pomoc dla niej, zawsze się coś znajdowało, zawsze ktoś znał kogoś, kto potrafił pomóc wilkołakowi przetrwać. Ale to było ostatnie miejsce, do którego chciałby ją zaprowadzić. Nokturn był dla niej nieodpowiedni. Zbyt ciasny, zbyt brudny, zbyt nasycony przemocą, która nie znała półcieni. A jego podziemia… tam nawet światło zapominało, po co istnieje. Nie chciał, żeby kiedykolwiek musiała oddychać tym samym powietrzem co on. Nie dlatego, że by sobie nie poradziła, tylko dlatego, że nie powinna musieć.
Uśmiechnął się do niej życzliwie, miękko, w sposób, który zdradzał więcej, niż by chciał. I właśnie dlatego nie mógł przyjąć jej zaproszenia. Miał już swój dom, choć trudno byłoby go tak nazwać komuś z zewnątrz. Miejsce, które było raczej obowiązkiem niż schronieniem. Nie potrafiłby udawać, że umie żyć normalnie, między ścianami, które nie pamiętają krzyków ani krwi. To nie była poza, z której mógłby się rozebrać na noc. To było życie, które wybrał, albo które wybrało jego. Spojrzał na nią, dłużej niż planował. Uśmiechnął się życzliwie, miękko, jak ktoś, kto naprawdę docenia to, co właśnie dostał, nawet jeśli nie może tego przyjąć. - Dziękuję - powiedział cicho. - Naprawdę. Zrobił krótką pauzę, jakby sprawdzał, czy słowa nie rozpadną mu się w ustach. - Ale nie mogę. - Ton miał spokojny, pozbawiony dramatyzmu. - Musiałbym okłamywać że umiem żyć, tak… zwyczajnie. Nie puścił jej dłoni. - Poza tym muszę trzymać Sforę w ryzach. I pomagać im. Są tacy, którzy nie mają nikogo poza tym, co jest pod Nokturnem. Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał, żeby zrozumiała jedną, bardzo ważną rzecz. I na tym poprzestał, bo więcej powiedzieć nie potrafił, a mniej byłoby kłamstwem. Bo nie żył tylko dla siebie. Nigdy nie żył. Musiał trzymać bandę w ryzach, pilnować, by nie rozpadła się pod własnym ciężarem, by nie zamieniła się w coś gorszego niż to, czym już była. Musiał troszczyć się o resztę, o tych, którzy nie mieli wyboru, którzy nie dostali zaproszeń do domów z ogródkiem ani otwartych drzwi. I choć część z niego chciała uwierzyć, że mógłby na chwilę być kimś innym, wiedział, że to byłoby kłamstwo.