16.01.2026, 02:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2026, 02:50 przez Astoria Avery.)
Astoria pozwoliła, by Levi poprowadził ją w głąb sali, ale jej myśli zostawały krok za nimi, jakby nie nadążały za ruchem ciała. Światło żyrandoli odbijało się w kryształach i złoceniach, rozszczepiało na ciepłe refleksy, które tańczyły po ścianach i po jej odsłoniętych ramionach. Wszyscy tu wiedzieli, że maski nie gwarantowały anonimowości, jedynie złudzenie bezpieczeństwa.
Nigdy nie patrzyła na Leviego przez pryzmat choroby. Była częścią jego, czynnikiem niezależnym. Sama również zmagała się z chorobą genetyczną, więc byłaby ostatnią hipokrytką, jeśli nagle zaczęłoby jej to przeszkadzać. Wielokrotnie wodziła opuszkami palców po łuskowatej skórze, bezwiednie, badając jej fakturę z czystą ciekawością, niemal artystyczną. Dotykała łusek tak, jak dotyka się marmuru albo starego płótna - z uwagą, z szacunkiem, bez wstrętu czy litości.
Uniosła lekko podbródek, a potem pozwoliła, by kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu zbyt ostrym, by nazwać go jedynie uprzejmym. Był w nim błysk zaczepności, ten szczególny rodzaj humoru, po który sięgała wtedy, gdy czuła się wystarczająco pewnie.
- Może - rzuciła przeciągle. - Bardziej taka nieoczywista oczywistość - wyszczerzyła zęby na tę pokrętną logikę. W końcu nikt nie oczekiwał od Rowlów smoczych masek, ale gdyby się taka trafiła, nikt nie byłby tym faktem zaskoczony. Jakież byłoby zamieszanie, gdyby ktoś obcy założył taką maskę i narobił kłopotów! Aż dziwne, że nikt na to nie wpadł.
- Może po prostu chciałabym cię zobaczyć w takiej wersji. Mogę liczyć na prywatny pokaz? - zerknęła na Leviego spod wachlarza rzęs, badając, czy jej słowa trafiły w punkt. A gdyby w takim przebraniu zapozowałby do obrazu... ach, chyba za bardzo się rozmarzyła.
- Komu potrzebna indywidualność, gdy się jest zakochanym? - westchnęła teatralnie. Zakochanie bywało wygodne. Zdejmowało z barków ciężar odrębności, odpowiedzialność za własne decyzje. Pozwalało schować się za "my", zamiast stale wystawiać na widok publiczny to niewygodne "ja". Znała ten mechanizm aż za dobrze. Widziała go u swoich rówieśniczek, u kuzynek, u kobiet, które jeszcze kilka lat wcześniej miały własne ambicje, własne głosy i własne marzenia, a potem niemal niezauważalnie zaczynały znikać w cieniu czyjegoś nazwiska. W miłości potrafiło być coś uwodzicielsko destrukcyjnego.
A jednak... nie mogła zaprzeczyć, że w tym zatraceniu istniał pewien rodzaj piękna. Dobrowolna rezygnacja z ostrych konturów. Chwila, w której nie trzeba było walczyć o przestrzeń, bo ktoś inny naturalnie robił na nią miejsce. Wypowiedziała to zdanie zaczepnie, niemal prowokacyjnie, ale w jej spojrzeniu czaił się błysk refleksji, która przyszła niespodziewanie i nie do końca była mile widziana. Bo Astoria Avery ceniła indywidualność. Budowała ją latami, z uporem godnym lepszej sprawy, strzegła jej jak skarbu. A mimo to potrafiła sobie wyobrazić moment, w którym ktoś byłby wart tego, by na chwilę o niej zapomnieć.
Zacisnęła dłoń na jego ramieniu i szła obok, w rytmie muzyki i kroków innych gości, z głową uniesioną wysoko i plecami wyprostowanymi, jak przystało na pannę z dobrego domu. Tuż obok baru do ich uszu dotarł urywek rozmowy - szeptany, podszyty ekscytacją, typowy dla plotek. Czarne róże i teorie spiskowe. Odwróciła lekko głowę, a w złocie maski zamigotało światło, kiedy posłała Leviemu porozumiewawcze spojrzenie - takie, które nie potrzebowało słów, bo było wspólnym kodem wypracowanym przez lata.
- Trzeba będzie sprawdzić, o co tyle zamieszania. Ale czemu nie można ich dotykać? - spojrzała na mężczyznę, jakby miał znać odpowiedź na to pytanie. - Zamówisz mi czerwone wino?
!plonacedrinki