16.01.2026, 15:58 ✶
Wywód na temat szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego ucichł wraz z przybyciem pracownicy salonu. Lazarus nie czuł się swobodnie, opowiadając o swoim przełożonym w większym gronie - już i przy samej Ceolsige ostrożnie dobierał słowa - a poza tym nie miał już wiele więcej do dodania. Z cieniem ulgi odsunął się o krok, kiedy uwaga koleżanki skupiła się na francuskiej czarownicy. Ceo nie zamierzała jednak najwyraźniej tak łatwo mu odpuścić.
To nie zieleń wysyła sygnały, tylko krój, chciał powiedzieć, ale kiedy otworzył usta, Ceolsige była już zajęta czarną sukienką. Zachował więc milczenie i powstrzymał się od pokręcenia z rezygnacją głową.
Nie skupiał się na instrukcjach co do maski. Zamiast tego zrobił dwa powolne kroki w stronę lustra, stanął zwrócony do niego półprofilem i spojrzał swojemu odbiciu w oczy. Zagryzł wnętrze policzka, dodając odrobinę bólu do głodu, który ignorował od rana. Jedwabniki brzęczały gdzieś w górze. Czy utrzymywali tu tak irytujący ambient celowo, żeby rozproszyć klientów? Wydawało się to kontrproduktywne. Albo nieuczciwe, zależnie, jak na to spojrzeć.
Pierwsze zdanie odpowiedzi udzielonej zza mgły przywołało go do rzeczywistości. Było wypowiedziane poważnie, ale pozornie nie niosło treści. Celem pojawienia się na balu jest po prostu pojawienie się. Powinien już dawno nauczyć się, że nie ma co liczyć na sensowną odpowiedź na tego typu pytania.
Chyba, że…
Lazarus ściągnął lekko brwi w zastanowieniu. Chyba, że zadał niewłaściwie pytanie.
Pozostała część odpowiedzi Ceolsige pozornie miała sens. Pozornie, bo choć Lazarus uznawał argument bezpieczeństwa, to przecież Shafiq miał wielu innych, bliższych znajomych, z którymi również mógł się odpowiednio umówić.
Czarodziej zerknął w stronę oparów skrywających przymierzalnie. Być może właściwe pytanie brzmiało: “Jakie są oczekiwania Anthony’ego Shafiqa w związku z balem i towarzystwem Ceo?”
- Odważne posunięcie ze strony Lestrange’ów… - mruknął, wkładając ręce do kieszeni, gdzie mógł pod palcami wyczuć prostopadłościan paczki papierosów i wzruszając lekko ramionami. Przeciąganie liny na szczytach czarodziejskiej władzy i między wielkimi rodami ani go nie dotyczyło, ani specjalnie nie interesowało. Podszedł powolnym krokiem do swojego fotela, gdzie czekała filiżanka z resztką zapewne już zimnej kawy i spojrzał na nią bez zainteresowania. Krótka chwila oczekiwania zaowocowała pojawieniem się jego towarzyszki - tym razem w czerni. Lazarus w zamyśleniu przyjrzał się sukni. Była czarna i mimo odważnego wycięcia dekoltu, wciąż pozostawiała wyobraźni więcej, niż poprzednia, ciemnozielona, a to prawdopodobnie znaczyło, że jest bardziej odpowiednia do okazji.
Taką przynajmniej miał nadzieję (nie miał pojęcia).
- Wydaje mi się, że prawdziwy wybór leży między tą a niebieską - powiedział w końcu, zdając się na logiczne rozumowanie i kwestie praktyczne - jedyne pewniki na tym mocno nieznanym sobie terytorium - Odniosłem też wrażenie, że właściwie masz już dobraną maskę do tej sukni. To najbardziej intuicyjna opcja.
Zaczynał pomału mieć dość. Był zmęczony, choć dopiero minęło południe. Czuł, że nie przydaje się tu na wiele i że właściwie został damą do towarzystwa - rola, na którą nigdy się nie godził, a w dodatku był do niej totalnie nieprzygotowany, nawet, jeżeli osobą, której miał towarzyszyć, była Ceolsige. Poprawił na sobie szatę i zerknął z irytacja w górę, skąd dochodziło nieustające bzyczenie.
Charakterystyczne zniecierpliwienie - flagowy objaw głodu nikotynowego - nie dawało o sobie zapomnieć, kiedy już raz zdał sobie sprawę z jego istnenia. Spojrzał w oczy Burke w niemej prośbie o podjęcie decyzji.
To nie zieleń wysyła sygnały, tylko krój, chciał powiedzieć, ale kiedy otworzył usta, Ceolsige była już zajęta czarną sukienką. Zachował więc milczenie i powstrzymał się od pokręcenia z rezygnacją głową.
Nie skupiał się na instrukcjach co do maski. Zamiast tego zrobił dwa powolne kroki w stronę lustra, stanął zwrócony do niego półprofilem i spojrzał swojemu odbiciu w oczy. Zagryzł wnętrze policzka, dodając odrobinę bólu do głodu, który ignorował od rana. Jedwabniki brzęczały gdzieś w górze. Czy utrzymywali tu tak irytujący ambient celowo, żeby rozproszyć klientów? Wydawało się to kontrproduktywne. Albo nieuczciwe, zależnie, jak na to spojrzeć.
Pierwsze zdanie odpowiedzi udzielonej zza mgły przywołało go do rzeczywistości. Było wypowiedziane poważnie, ale pozornie nie niosło treści. Celem pojawienia się na balu jest po prostu pojawienie się. Powinien już dawno nauczyć się, że nie ma co liczyć na sensowną odpowiedź na tego typu pytania.
Chyba, że…
Lazarus ściągnął lekko brwi w zastanowieniu. Chyba, że zadał niewłaściwie pytanie.
Pozostała część odpowiedzi Ceolsige pozornie miała sens. Pozornie, bo choć Lazarus uznawał argument bezpieczeństwa, to przecież Shafiq miał wielu innych, bliższych znajomych, z którymi również mógł się odpowiednio umówić.
Czarodziej zerknął w stronę oparów skrywających przymierzalnie. Być może właściwe pytanie brzmiało: “Jakie są oczekiwania Anthony’ego Shafiqa w związku z balem i towarzystwem Ceo?”
- Odważne posunięcie ze strony Lestrange’ów… - mruknął, wkładając ręce do kieszeni, gdzie mógł pod palcami wyczuć prostopadłościan paczki papierosów i wzruszając lekko ramionami. Przeciąganie liny na szczytach czarodziejskiej władzy i między wielkimi rodami ani go nie dotyczyło, ani specjalnie nie interesowało. Podszedł powolnym krokiem do swojego fotela, gdzie czekała filiżanka z resztką zapewne już zimnej kawy i spojrzał na nią bez zainteresowania. Krótka chwila oczekiwania zaowocowała pojawieniem się jego towarzyszki - tym razem w czerni. Lazarus w zamyśleniu przyjrzał się sukni. Była czarna i mimo odważnego wycięcia dekoltu, wciąż pozostawiała wyobraźni więcej, niż poprzednia, ciemnozielona, a to prawdopodobnie znaczyło, że jest bardziej odpowiednia do okazji.
Taką przynajmniej miał nadzieję (nie miał pojęcia).
- Wydaje mi się, że prawdziwy wybór leży między tą a niebieską - powiedział w końcu, zdając się na logiczne rozumowanie i kwestie praktyczne - jedyne pewniki na tym mocno nieznanym sobie terytorium - Odniosłem też wrażenie, że właściwie masz już dobraną maskę do tej sukni. To najbardziej intuicyjna opcja.
Zaczynał pomału mieć dość. Był zmęczony, choć dopiero minęło południe. Czuł, że nie przydaje się tu na wiele i że właściwie został damą do towarzystwa - rola, na którą nigdy się nie godził, a w dodatku był do niej totalnie nieprzygotowany, nawet, jeżeli osobą, której miał towarzyszyć, była Ceolsige. Poprawił na sobie szatę i zerknął z irytacja w górę, skąd dochodziło nieustające bzyczenie.
Charakterystyczne zniecierpliwienie - flagowy objaw głodu nikotynowego - nie dawało o sobie zapomnieć, kiedy już raz zdał sobie sprawę z jego istnenia. Spojrzał w oczy Burke w niemej prośbie o podjęcie decyzji.