17.01.2026, 03:40 ✶
Astoria szła obok mężczyzny wolnym, wyważonym krokiem, pozwalając, by rytm dziedzińca i ciężar chwili narzuciły tempo myślom. Spojrzała na ołtarz nie jak wierna, lecz jak kustoszka, analizując, ważąc znaczenia, symbole, intencje. Widziała nieforemne wieńce i misternie rzeźbione figurki nie jako lepsze i gorsze dary, lecz jako zapisy ludzkiego stanu po Spalonej Nocy. Chaosu, straty, desperackiej potrzeby, by cokolwiek jeszcze miało sens. Dziedziniec pulsował cichym ruchem: szelestem szat, przytłumionymi krokami na kamiennych płytach, a w powietrzu unosiła się ciężka, wielowarstwowa woń wosku, palonego zioła i surowego drewna. Patrząc na dębowy ołtarz zastanawiała się, czy jej podarek nie jest zbyt skromny.
Dała z siebie wszystko. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowała nad obrazkiem, który mógłby w jej ocenie zadowolić bogów. Świat na zewnątrz dusił się jeszcze dymem, Londyn nosił na sobie blizny ognia, a ona malowała. Nie dlatego, że musiała. Nie dlatego, że nie było jej stać na gotowy dar. Przeciwnie, mogła bez trudu kupić dzieło uznanego artysty, oprawione w złocenia. Tym razem potrzebowała dotknąć procesu od początku do końca własnymi dłońmi. Malowanie było dla niej formą terapii, rytuałem porządkowania - myśli, emocji, wspomnień z tamtej nocy. Starała się, by obraz był godny. Nie w sensie religijnego patosu, lecz szczerości.
Przypominał święte obrazki, bo przedstawiał Matkę z wianuszkiem dzieci, o które dbała. Wianuszek w dosłownym znaczeniu - całość była połączona w piękny kwietny wianek, a każdy kwiat przedstawiał jedno z podopiecznych Matki, która znajdowała się w centralnym punkcie, będąc niejako słońcem, wokół którego krążą dzieci i jak te kwiaty, potrzebują słońca do życia. Z drewnianych desek wykonała ramę, a całość była zadowalająca, nawet pod jej krytycznym spojrzeniem.
- Kupiłam obrazek. Mam nadzieję, że przypadnie im tam na górze do gustu. Nie śmiej się, ale będę się modlić, żeby smród z mieszkania wyparował - spojrzała na niego kątem oka, czy ocenia jej decyzję. Dramatyczne sytuacje wymagały drastycznych środków, próbowała już wszystkiego. Spojrzała na opakowany obrazek pod jej ramieniem. Namalowała go sama, ale to wciąż była tajemnica. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział. Kłamała dobrze, chyba od zawsze. Jej wersje były spójne, logiczne, pozbawione zbędnych szczegółów, takie, jakie należało podać, by nie prowokować dalszych pytań. Ale Levi znał ją zbyt dobrze, potrafił czytać między wierszami wypowiadanych przez nią słów. Tam, gdzie inni widzieli elegancką rezerwę, on dostrzegał napięcie. Tam, gdzie słyszeli zwykłe stwierdzenie, on wyczuwał drobne przesunięcie intencji. Pewnie się domyślał, ale jednocześnie nie wymuszał na niej zwierzeń, na które nie była gotowa. Jeżeli coś miało pozostać niewypowiedziane, pozostawało takie za obopólną zgodą.
- A ty kiedy plotłeś wianek? - zażartowała, gdy panująca wokół atmosfera zaczęła ją przytłaczać. Wiedziała, że sam nie wykonał swojego daru i właściwie nie był nawet zbyt religijny, ale cieszyła się, że ma go obok. Czuła jego wsparcie, to niewypowiedziane, bo mimo wszystko takie okazje wywoływały masę wspomnień, a nie lubiła publicznie popadać w nostalgię. Jednocześnie sama starała się odwdzięczyć tym samym, bo wyczuwała jego napięcie, prawdopodobnie związane z tym miejscem.
+ 10 za 2 kropki w rzemiośle,
+ 20 za dwie wagi tworzenia dzieł sztuki,
+ 20 za dwie wagi renowacji,
+ 10 sztuki plastyczne.
Dała z siebie wszystko. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowała nad obrazkiem, który mógłby w jej ocenie zadowolić bogów. Świat na zewnątrz dusił się jeszcze dymem, Londyn nosił na sobie blizny ognia, a ona malowała. Nie dlatego, że musiała. Nie dlatego, że nie było jej stać na gotowy dar. Przeciwnie, mogła bez trudu kupić dzieło uznanego artysty, oprawione w złocenia. Tym razem potrzebowała dotknąć procesu od początku do końca własnymi dłońmi. Malowanie było dla niej formą terapii, rytuałem porządkowania - myśli, emocji, wspomnień z tamtej nocy. Starała się, by obraz był godny. Nie w sensie religijnego patosu, lecz szczerości.
Przypominał święte obrazki, bo przedstawiał Matkę z wianuszkiem dzieci, o które dbała. Wianuszek w dosłownym znaczeniu - całość była połączona w piękny kwietny wianek, a każdy kwiat przedstawiał jedno z podopiecznych Matki, która znajdowała się w centralnym punkcie, będąc niejako słońcem, wokół którego krążą dzieci i jak te kwiaty, potrzebują słońca do życia. Z drewnianych desek wykonała ramę, a całość była zadowalająca, nawet pod jej krytycznym spojrzeniem.
- Kupiłam obrazek. Mam nadzieję, że przypadnie im tam na górze do gustu. Nie śmiej się, ale będę się modlić, żeby smród z mieszkania wyparował - spojrzała na niego kątem oka, czy ocenia jej decyzję. Dramatyczne sytuacje wymagały drastycznych środków, próbowała już wszystkiego. Spojrzała na opakowany obrazek pod jej ramieniem. Namalowała go sama, ale to wciąż była tajemnica. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział. Kłamała dobrze, chyba od zawsze. Jej wersje były spójne, logiczne, pozbawione zbędnych szczegółów, takie, jakie należało podać, by nie prowokować dalszych pytań. Ale Levi znał ją zbyt dobrze, potrafił czytać między wierszami wypowiadanych przez nią słów. Tam, gdzie inni widzieli elegancką rezerwę, on dostrzegał napięcie. Tam, gdzie słyszeli zwykłe stwierdzenie, on wyczuwał drobne przesunięcie intencji. Pewnie się domyślał, ale jednocześnie nie wymuszał na niej zwierzeń, na które nie była gotowa. Jeżeli coś miało pozostać niewypowiedziane, pozostawało takie za obopólną zgodą.
- A ty kiedy plotłeś wianek? - zażartowała, gdy panująca wokół atmosfera zaczęła ją przytłaczać. Wiedziała, że sam nie wykonał swojego daru i właściwie nie był nawet zbyt religijny, ale cieszyła się, że ma go obok. Czuła jego wsparcie, to niewypowiedziane, bo mimo wszystko takie okazje wywoływały masę wspomnień, a nie lubiła publicznie popadać w nostalgię. Jednocześnie sama starała się odwdzięczyć tym samym, bo wyczuwała jego napięcie, prawdopodobnie związane z tym miejscem.
+ 10 za 2 kropki w rzemiośle,
+ 20 za dwie wagi tworzenia dzieł sztuki,
+ 20 za dwie wagi renowacji,
+ 10 sztuki plastyczne.
Rzut 1d100+60 - 32 +60 = 92