17.01.2026, 17:41 ✶
Konflikt zdawał się zaostrzać, a z każdym kolejnym słowem twarz Mulciber stawała się coraz to bardziej beznamiętna, zdawałoby się poważna, wyprana ze wszystkiego co mogło przejawiać jakiekolwiek emocje, naturalnie rzecz biorąc dystansowała się od zaistniałego harmideru.
Zerknęła na kuzynkę, a jasne oczy odbiły chłód norweskich lodowców, jakoby dwa lazurowe pierścionki zamknęły w sobie całą surowość skandynawskich zim, gdy ta odezwała się do jej ojca nie tak jak należało, gdy wtrąciła się w konflikt, który jej nie dotyczył.
Zaraz to jej wzrok złagodniał, wracając do zaciągniętej chwilę wcześniej beznamiętności, a z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie, gdy złapała się na tym, że to przecież nie wina kuzynki, że tak bzdurnie wsuwa nos tam, gdzie jej nie proszono.
Scarlett nie chciała się mieszać, ani rozwiązywać sporów, woląc uchylać się od tego zadania i to też poradziłaby drogiej kuzyneczce, bo niezależnie od dobrych chęci, ta jedynie straci.
Mulciber nauczyła się już bowiem, że po ogłoszeniu wyroku jedna ze stron zawsze odchodzi pełna goryczy, a te czuje zazwyczaj właśnie w kierunku "sędziego" w którego rolę chciała wcielić się Charlie- szczególnie, gdy ten nie cieszy się należytym uznaniem, zważywszy na wiek i bzdurną hierarchie w której niestety zasiadały dość nisko, bo posłuch należało wcześniej wypracować pracą złudną i ciężką.
Albowiem tu nie chodziło o racje, bo o racje mało kiedy chodzi - tu, jak i w każdym innym przypadku chodziło o zasady. A im nakazane było milczeć, bo otwierając usta bardzo łatwo było pozwolić językowi się potknąć.
I w jej opinii Charlie właśnie tak się potknęła - a może zwyczajnie Mulciber ciut lepiej znała ojca? Ciut zwinniej poruszała się wśród czystokrwistych konserw? Dobrze wiedziała, że to co mówiła nie zmiękczy nikogo, nie pomoże nikomu, nie da do myślenia nikomu, a jedynie sprawi jej samej kłopot. Zrobi się niepotrzebny bałagan.
Cicho westchnęła. Naiwna. Chociaż ciut zazdrościła jej tej naiwności. A jednak to nie była jej wina, a jej reakcja była całkowicie ludzka. Być może była jedynym człowiekiem przy stole, ostatnią której jad nie płynął w żyłach, nie przepalił kości.
Reszta już dawno gniła, rozkładała się w trumnie z obaw, problemów i trosk - i jedynie obudowani porcelaną, błyszczeli niczym te lalki, które idealnie spoczywają w gablocie, wabiąc pięknym uśmiechem, acz wzrok mają opustoszały.
I to był jej świat, bo tak jak od zawsze ukochała się w śmierci, tak też ukochała ich - mimo że miłością skrzywioną, patologiczną, bo i ona była zatruta. Bo zdrowych relacji w teatrze ze szkła nie uświadczysz.
Scarlett wybrała milczenie i jedynie jej ręka, tak niepozorny, acz znaczący gest, wciąż spoczywała na ojcowskim ramieniu.
I dobrze wybrała - doszła do wniosku, gdy konflikt zaczął się rozmywać. Wiedziała ile kosztowało to wszystko jej ojca, wiedziała.
Jej wzrok na powrót przeniósł się na Charlie, która...
Zmarszczyła nieco brwi. Nie spodziewała się prezentu, a na pewno nie w takiej chwili, gdy na języku wciąż kotłował się cierpki posmak niezgody, a powietrze ciążyło niczym mgła.
I gdy ta się oddaliła, Mulciber chciała pójść za nią, lecz nim zdążyła chociażby drgnąć, Lorien ją ubiegła.
I posypały się kolejne prezenty.
Zagraj nam coś, Scarlett
-Tak, oczywiście - rzuciła spokojnie do Alexandra, zsuwając rękę z ojcowskiego ramienia, oczy zaś wbite miała w prezenty.
Cóż za nieodpowiedni moment na podarki - podsumowała w myślach. Niemniej jednak Ona również przygotowała prezenty, chociaż coś ją hamowało przed ich wręczeniem.
Wszystko to wyglądało dla niej jak niesmaczna parodia. A jednak jak się wleciało między wrony to należało krakać tak jak One, niezależnie od tego jak bardzo te szurały po absurdzie.
-Ja również coś dla was przygotowałam - rzuciła, a na jej ustach rozkwitł uśmiech, cudownie realistyczny, w końcu pamiętała nawet o tym, że oczy również muszą się uśmiechać, w końcu kłamcą była świetnym.
Toteż dyskretnie poprosiła służbę o to aby przynieśli prezenty, ale po swoje skrzypce udała się osobiście - W końcu nikomu nie było wolno ich ruszać bez pozwolenia, a te rzadko się pojawiało. Były bez wątpienia święte. Mulciber zniknęła za drzwiami, wracając chwilę później.
Skoro wszyscy rozdawali prezenty, a prezenty rozdawało się przecież po kolacji, jasnym było że gra przyjemnie umili im otwieranie prezentów.
I wiele było utworów, które mogłaby zagrać, a jednak nie musiała wybierać - wszystko to co czyniło się przy stole krzyczało przejaskrawionymi barwami na granicy komedii i absurdu, że brakowało jedynie aby Charlie padła trupem, a Alex z Richardem zatańczyli na jej ciele - tego nie mieli co prawda, ale...
Smyczek delikatnie musnął struny, a zdawałoby się wesolutki, czysty dźwięk odbił się od ścian, a jego echo odbijało się od korytarzy, robiąc za chórek - akustyka w Mulciber Manor była od zawsze cudownie ekscytująca.
Wtem i służba kolejno zaczęła wręczać prezenty, gdy melodia muskała ich receptory słuchowe.
I tak dźwięki por una cabeza na dobre rozbrzmiały, jakim było, według Scarlett, idealnym zwieńczeniem rodzinnej kolacji.
Zerknęła na kuzynkę, a jasne oczy odbiły chłód norweskich lodowców, jakoby dwa lazurowe pierścionki zamknęły w sobie całą surowość skandynawskich zim, gdy ta odezwała się do jej ojca nie tak jak należało, gdy wtrąciła się w konflikt, który jej nie dotyczył.
Zaraz to jej wzrok złagodniał, wracając do zaciągniętej chwilę wcześniej beznamiętności, a z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie, gdy złapała się na tym, że to przecież nie wina kuzynki, że tak bzdurnie wsuwa nos tam, gdzie jej nie proszono.
Scarlett nie chciała się mieszać, ani rozwiązywać sporów, woląc uchylać się od tego zadania i to też poradziłaby drogiej kuzyneczce, bo niezależnie od dobrych chęci, ta jedynie straci.
Mulciber nauczyła się już bowiem, że po ogłoszeniu wyroku jedna ze stron zawsze odchodzi pełna goryczy, a te czuje zazwyczaj właśnie w kierunku "sędziego" w którego rolę chciała wcielić się Charlie- szczególnie, gdy ten nie cieszy się należytym uznaniem, zważywszy na wiek i bzdurną hierarchie w której niestety zasiadały dość nisko, bo posłuch należało wcześniej wypracować pracą złudną i ciężką.
Albowiem tu nie chodziło o racje, bo o racje mało kiedy chodzi - tu, jak i w każdym innym przypadku chodziło o zasady. A im nakazane było milczeć, bo otwierając usta bardzo łatwo było pozwolić językowi się potknąć.
I w jej opinii Charlie właśnie tak się potknęła - a może zwyczajnie Mulciber ciut lepiej znała ojca? Ciut zwinniej poruszała się wśród czystokrwistych konserw? Dobrze wiedziała, że to co mówiła nie zmiękczy nikogo, nie pomoże nikomu, nie da do myślenia nikomu, a jedynie sprawi jej samej kłopot. Zrobi się niepotrzebny bałagan.
Cicho westchnęła. Naiwna. Chociaż ciut zazdrościła jej tej naiwności. A jednak to nie była jej wina, a jej reakcja była całkowicie ludzka. Być może była jedynym człowiekiem przy stole, ostatnią której jad nie płynął w żyłach, nie przepalił kości.
Reszta już dawno gniła, rozkładała się w trumnie z obaw, problemów i trosk - i jedynie obudowani porcelaną, błyszczeli niczym te lalki, które idealnie spoczywają w gablocie, wabiąc pięknym uśmiechem, acz wzrok mają opustoszały.
I to był jej świat, bo tak jak od zawsze ukochała się w śmierci, tak też ukochała ich - mimo że miłością skrzywioną, patologiczną, bo i ona była zatruta. Bo zdrowych relacji w teatrze ze szkła nie uświadczysz.
Scarlett wybrała milczenie i jedynie jej ręka, tak niepozorny, acz znaczący gest, wciąż spoczywała na ojcowskim ramieniu.
I dobrze wybrała - doszła do wniosku, gdy konflikt zaczął się rozmywać. Wiedziała ile kosztowało to wszystko jej ojca, wiedziała.
Jej wzrok na powrót przeniósł się na Charlie, która...
Zmarszczyła nieco brwi. Nie spodziewała się prezentu, a na pewno nie w takiej chwili, gdy na języku wciąż kotłował się cierpki posmak niezgody, a powietrze ciążyło niczym mgła.
I gdy ta się oddaliła, Mulciber chciała pójść za nią, lecz nim zdążyła chociażby drgnąć, Lorien ją ubiegła.
I posypały się kolejne prezenty.
Zagraj nam coś, Scarlett
-Tak, oczywiście - rzuciła spokojnie do Alexandra, zsuwając rękę z ojcowskiego ramienia, oczy zaś wbite miała w prezenty.
Cóż za nieodpowiedni moment na podarki - podsumowała w myślach. Niemniej jednak Ona również przygotowała prezenty, chociaż coś ją hamowało przed ich wręczeniem.
Wszystko to wyglądało dla niej jak niesmaczna parodia. A jednak jak się wleciało między wrony to należało krakać tak jak One, niezależnie od tego jak bardzo te szurały po absurdzie.
-Ja również coś dla was przygotowałam - rzuciła, a na jej ustach rozkwitł uśmiech, cudownie realistyczny, w końcu pamiętała nawet o tym, że oczy również muszą się uśmiechać, w końcu kłamcą była świetnym.
Toteż dyskretnie poprosiła służbę o to aby przynieśli prezenty, ale po swoje skrzypce udała się osobiście - W końcu nikomu nie było wolno ich ruszać bez pozwolenia, a te rzadko się pojawiało. Były bez wątpienia święte. Mulciber zniknęła za drzwiami, wracając chwilę później.
Skoro wszyscy rozdawali prezenty, a prezenty rozdawało się przecież po kolacji, jasnym było że gra przyjemnie umili im otwieranie prezentów.
I wiele było utworów, które mogłaby zagrać, a jednak nie musiała wybierać - wszystko to co czyniło się przy stole krzyczało przejaskrawionymi barwami na granicy komedii i absurdu, że brakowało jedynie aby Charlie padła trupem, a Alex z Richardem zatańczyli na jej ciele - tego nie mieli co prawda, ale...
Smyczek delikatnie musnął struny, a zdawałoby się wesolutki, czysty dźwięk odbił się od ścian, a jego echo odbijało się od korytarzy, robiąc za chórek - akustyka w Mulciber Manor była od zawsze cudownie ekscytująca.
Wtem i służba kolejno zaczęła wręczać prezenty, gdy melodia muskała ich receptory słuchowe.
I tak dźwięki por una cabeza na dobre rozbrzmiały, jakim było, według Scarlett, idealnym zwieńczeniem rodzinnej kolacji.
Dla Philomeny