Ją bez cienia wątpliwości wyróżniał zgryźliwy charakter okraszony wiecznie zblazowaną i znudzoną mimiką – nie wynikało to w żadnej mierze ze skrytości tudzież poczucia własnego indywidualizmu na spętanym okowami świecie; nie snuła mrzonek, tych, które wzbijały się ku podszyciu aby umiejscowić gdzieś między migotliwymi gwiazdami – pragmatyczna do bólu w kościach, chłodna jak zawodowa lichwiarka i nieprzystępna jak akweny róż w samej głębi pustyni. Stanowiła swoistą fatamorganę dla niejednego, gdyż zdawała się bytować ponad i pod jednocześnie; nie posiadała w końcu wyśrubowanej godności, która nakazywałaby czyny dumne i w najogólniejszy sposób właściwe. Zdecydowanie wolała być parszywa; i prawdopodobnie dlatego współpracownicy drżeli przed nią.
Wsunęła się za nim do pomieszczenia, opierając się bokiem o jedną ze ścian z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej. Jej fartuch, wciąż przesiąknięty nieprzyjemną wonią prosektorium, zwisał luźno z chudych ramion, kończąc się długością gdzieś w połowie uda.
– Moje spaczone poczucie moralności nie pozwalałoby mi być aurorem właściwie – odparła, jakby oznajmiała największą w całym przybytku banalność informacji. – I nigdy nie kręciło mnie ściganie kryminalistów – dodała. – Dużo lepiej być jednym z nich – prychnęła śmiechem logistycznie, aby ten nie skuł w ramiona powagi słów, które frywolnie opuszczały jej wargi.
Kawa, jakkolwiek kawą ją można nazwać było, niosła zapach błota i popiołu, zdecydowanie nie stanowiąc trunku, którego chciałoby się zasmakować.
– Nie i nie – odparła na pytanie na temat mleka tudzież cukru i prędko zanurzyła usta w cierpkiej, półczarnej jak nieudane niebo nocne, cieczy. Pierwszy łyk nie smakował katastrofalnie, jednak już drugi rozlał się nieprzyjemnym posmakiem w gardle.
Skrzywiła się solidnie.
– Zaskoczyłeś mnie, Borgin. To jest naprawdę obrzydliwe – rzekła, jednak nie powstrzymało jej to od ponownego zakosztowania brunatnej ambrozji.
Zamrugała kilkukrotnie, marszcząc niewinnie brwi; w o wiele bardziej łagodny sposób, niż całokształt, który nosiła znamieniem jej uwertura. Odłożyła papierowy kubek na stolik, na wpół wypełniony cieczą.
– Mam nadzieję, że potrzymasz mi włosy jak będę rzygać – dodała po chwili półżartem.