Przez wąskie meandry myśli przewijała się symfonia strachu przed opuszczeniem i bezwzględnego w jej obliczu lęku przed stratą jedynego pierwiastka ludzkiego, na którym jej niejako zależało. Bo to przecież był on, jej chłopiec zagubiony w miriadach życiowych; zawieszony gdzieś między tym, co dobre, a tym, co złe; westchnięcie zamarło na jej wargach, gdy poczuła dotkliwe ukłucie, jakoby mogła go stracić. Jej życie opustoszałoby wówczas do reszty, a nieprzespane noce nie zawieruszałaby myśl o nim i choć w okazywaniu emocji była nader powściągliwa, wystarczyło, że dotknęła go w dłoń i wiedziała, że zrozumie wszystko, co bezsłownie chciała przekazać. Arogancka osobowość łączona z półmiskiem chłodu, w którym zostali wychowani, odbijała się piętnem na relacjach i ich przebiegu. Nie potrafiła doceniać nikogo, poza sobą.
Nie lubiła dotyku z równą mocą, co Elliott; każdorazowe zetknięcie się z cudzym ciałem wywoływało salwę wzdrygnięcia się, a przekraczanie umownej granicy zbudowanej fasadą w jej głowie, urastało do rangi niemożebnego problemu. Teraz jednak, gdy żałość i smutek rozdzierały jej ciało wpół, a duszę na ćwiartki, ułożenie dłoni na jego ramieniu, dotyk ciała – choć obcego i odległego – przypomniał jej, że żyje. Prędko jednak zsunęła tę, siadając ociężale na jednym ze stołków umiejscowionych przy łóżku.
Początkowe nerwy ustąpiły srebrzystego tonu głębokiej konsternacji; jej umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach, szukając przyczyny patowego stanu rzeczy, w którym ich trójka została zamknięta złotym kluczem. Momentalnie wyciszyła się, podbródek opierając na dłoni, zupełnie jakby przez umysł przebiegały stada myśli.
Siniaki na nadgarstkach.
Pochyliła się nad bratem, podciągając mankiet szpitalnej koszuli, aby przyjrzeć się śladom na nadgarstkach. Wyjęła z płytkiej kieszeni koszuli okulary, wpatrując się w otarcia.
– Ślady po linie – rzekła półmartwo, wzrok przenosząc na Malfoy’a, aby po chwili ciężko przełknąć ślinę. – To wszystko było zbyt niejasne. Widziałam zaciemnioną piwnicę, betonową podłogę, brak okien i tłumiony krzyk wydobywający się z prawdopodobnie zakneblowanych ust. Nie pomyślałam, że to mógł być on. Dlaczego w końcu to miałby być on? Czy on miał jakichś poważnych wrogów? – zadała pytania, dotyk ściągając z zasinionych nadgarstków. – Porozmawiam z pielęgniarką, jak tylko się zjawi.
Przymknęła oczy na moment, chcąc przywołać scenę z wizji; ta jednak zastawała ją jakoby wydmuszkę, otworzyła więc je ponownie, podnosząc się z krzesła niewiadomą siłą.
Perseus nigdy nie stawiał czoła problemom; zawsze uciekał w świat mrzonki i fantazji, błądząc po omacku pośród niezbadanej rzeczywistości. Brakowało mu odpowiedzialności, stonowania i twardego stąpania po podłożu – nie potrafiła go jednak winić. Z ich duetu, to ona stanowiła tę silną postać, zatwardziałą i odporną na wpływy zewnętrza, które przecież czyhało na niego – łagodnego i miękkiego, w gruncie rzeczy nazbyt uginającego się pod wpływem okrutnej rzeczywistości.
– Och – rzekła tylko, wzrok przenosząc na nierówno zapiętą koszulę.
Rozpięła materiał jedynie po to, aby go ponownie zapiąć – tym razem nie myląc kolejności guzików, a wymagało to od niej niezawoalowanego skupienia, gdyż koronerskie dłonie, na ogół stabilne i wyzbyte z drżeń, nagle zaczęły się trząść.
Uniosła wzrok na Elliotta, gdy ten tylko wspomniał o chorobie jej brata.
– Tak – rzekła w końcu. – Nie od niego samego, rzecz jasna. Jestem przekonana, że zbyt się wstydził, aby o tym komukolwiek powiedzieć wprost. Nasz członek rodziny cierpiał na tę samą chorobę; w dodatku wszystkie jego objawy ułożyły mi się dosyć szybko w zwięzłą całość, byłam przecież uzdrowicielem. Nie potrafiłam mu jednak należycie pomóc, nie wiem kto bardziej bał się rozmowy na ten temat – on czy ja. – Przełknęła ciężko ślinę. – Jednak skłamałabym, mówiąc, iż o niej nie wiedziałam.
Wypuściła powietrze więzione w płucach, ponownie siadając na krześle, wbijając uporczywy wzrok w oblicze brata; zasnute cienką mgiełką snu.