— Powiedzmy, że nie byłbym zdziwiony takim obrotem spraw — parsknął cichym śmiechem, aby chwilę później oblać się rumieńcem. Cóż, to rzucała za sugestie i z jakimi kartami chciała go zapoznać?
Niestety sielska atmosfera na wzgórzu nie trwała długo i zupełnie wytrąciła Longbottoma z równowagi. Zamrugał parokrotnie, upewniając się, że dobrze zrozumiał. Ger, to znaczy TA Geraldine Yaxley była na czyimś celowniku? Ale... Kogo? Podpadła jakiemuś innemu łowcy potworów, który teraz szuka zemsty?
— Ktoś na Ciebie poluje? Jakiś rywal, czy obrońcy praw zwierząt zaczęli jakąś krucjatę? — Zmarszczył brwi, chwilowo nie będąc w stanie dodać dwa do dwóch. Powłóczył po sylwetce kobiety pełnym niedowierzania wzrokiem i dopiero gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, w jego głowie zaświtała jedna z prawdopodobnych odpowiedzi. — Że radykałowie? Czemu mieliby się na Ciebie uwziąć? Wplątałaś się w coś?
Ta wiadomość była sporą niespodzianką i niestety nie z gatunku tych pozytywnych. Co jak co, ale oceniając po zawodzie, jakim parała się Geraldine, jak i reputację jej rodziny, można by sądzić, że osoby stojące po niewłaściwej stronie barykady powinny być wręcz zainteresowane jej usługami. Znana w odpowiednich kręgach łowczyni potworów o bogatym doświadczeniu mogłaby przydać się każdej „sprawie”, bez względu na to, jaka by ona nie była. O ile trafił z tym że w sprawę zamieszani są zwolennicy Czarnego Pana lub złaknieni jego uwagi naśladowcy najbliższych mu towarzyszy, to świadczyło to o tym, że sytuacja w szeregach przeciwnika uległa zmianie. I to go martwiło.
Do tej pory Erikowi nawet przez myśl nie przeszło, że przedstawiciele czystej krwi mogliby zostać celem ataku, o ile nie nabruździli w planach niewłaściwych ludzi. Longbottomowie czy Bonesowie byli zapewne całkiem wysoko na liście potencjalnych ludzi do likwidacji, zarówno za odmienne poglądy, ścisłą współpracę z siłami bezpieczeństwa, czy działania charytatywne, które nie były wycelowane w pomoc grupie o konkretnym statusie krwi. Ale Yaxleyowie? Jako ród czystej krwi, można by śmiało założyć, że familii bliżej było do poglądów Śmierciożerców. Ogółem, bo wszędzie można było znaleźć odstępców. Czy chęć eradykacji takich ludzi zwyciężyła ponad próbami przekabacenia ich na swoją stronę? Longbottoma aż zmroziło.
— Cóż, w takim razie będziemy pracować dwa razy bardziej wytrwale — stwierdził z mocą, zapisując w pamięci informacje, że powinien się z kimś podzielić tą plotką w najbliższym czasie. — Jeśli będziesz potrzebować pomocy, to pisz. Nieważne, kto czai się w cieniu, próbując cię dopaść, pomyśli dwa razy, zanim spróbuje zaatakować połowę departamentu z Doliny Godryka.
Nie była to najbardziej konkretna oferta wsparcia, ale poza zawoalowaną sugestią nie mógł zaoferować wiele więcej. Przynajmniej nie od szerszego grona ludzi przed odbyciem konsultacji z kimś wyżej. Za to ewentualne przenocowanie dziewczyny w posiadłości Longbottomów lub zorganizowanie koleżeńskiej interwencji... To było coś, co rodzina mogła w razie czego zrobić na własną rękę. Ich opinia na temat toczącego się konfliktu była dosyć jasna, więc jakiekolwiek szanse na to, że mogliby odsunąć od siebie podejrzenia czarnoksiężników i tak były bardzo, ale to bardzo małe.
— Skoro się nie wystraszy, to znaczy, że może zacząć się martwić — skomentował niemrawo, a w głowie momentalnie zagościł u niego jeden z gorszych scenariuszy. Uśmiechnął się słabo. — A co, jak zacznie mnie szukać i domagać się pojedynku o Twój honor? Jak to ktoś obcy, to mogę poważnie oberwać! — Wydął dolną wargę z pretensją w głosie. — Zbliża się lata, oberwę po głowie od siostry, jak się potłukę i będzie musiała zmienić harmonogram sesji zdjęciowych. Na pewno wpisała mi już z jedną lub dwie do grafiku.
O ile, oczywiście, dożyje tych dni, pomyślał z przekąsem. Czy obawiał się ewentualnej reakcji Brenny? Cóż, na pewno miał mieszane uczucia względem tego, jakie działania mogłaby powziąć, aby dopiąć swego. Po jej wybryku na balu można było się spodziewać wszystkiego, nawet tego, że podsunie mu do herbaty eliksir nasenny, a następnie wywiezie na zabieg kosmetyczny do jakiegoś kuzyna od strony matki, aby mu naprawił twarz. Erik pokręcił głową. Chyba się jednak trochę zapędził. Och, im bliżej Beltane, tym było z nim gorzej.
Na szczęście dalsze rozmyślania nad jego przykrym losem przerwała panna Yaxley, która zgodnie z jego prośbą postanowiła wykonać pierwszy ruch w tej rozgrywce. Niestety, nie okazał się on tak efektywny, jak oboje sobie by tego życzyli. Przez krótką chwilę rozważał wstrzymanie się od kontrataku, jednak szybko postanowił nie iść tą drogą. Ostatnio próbowali czegoś w tym rodzaju i niezbyt im to pomogło.
— Rictusempra! — rzucił gardłowo Erik, a głos ugrzązł mu niespodziewanie w gardle. Odkaszlnął, co z kolei sprawiło, że z czubka różdżki... Nic nie wystrzeliło. Ani jedna iskra, promień, czy strużka dymu. Huh. To dopiero mało klimatyczny początek pojedynku. Wbił skonsternowane spojrzenie w Geraldine.
Akcja nieudana
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞