Ile życzeń potrafiła spełnić gwiazda? To było w zasadzie bardzo dobre pytanie. Kiedyś słyszał o tym, że podobno spełnia tyle życzeń ile osób je zobaczy. Osobną kwestią było to, na ile to była rzeczywiście prawda.
- Twoje - odparł szybko, bez zastanowienia - Ja nie mam jakichś większych marzeń… Jeżeli w ogóle… - wytłumaczył swoją odpowiedź bez żadnych emocji w głosie. Nigdy przesadnie nie marzył. Może bał się, że nigdy się nie spełnią? Zawsze starał się chodzić z głową na ziemi, a nie w chmurach. Też do końca chyba nie wierzył, że marzenia mogą się spełniać. Raczej wyznawał zasadę, że jak samemu ktoś nie weźmie się w garść to niczego nie osiągnie.
Ciężko westchnął, a następnie usiadł z powrotem na kłodzie. Zgodnie z tym co miał w zwyczaju w stresowych sytuacjach, zaczął pocierać lewą rękę o prawą pięść. Układał sobie w wypowiedź w głowie przez dłuższą chwilę nie odzywając się ani słowem.
- Wiesz co Stella? - zwrócił się do niej, a następnie spojrzał - Dzięki, że mnie zabrałaś - wydusił z siebie z wielką ulgą w głosie - Mogłaś wziąć każdego przecież, a wybrałaś mnie nie wiedząc czemu - zaśmiał się lekko i przestał pocierać ręcę - Nawet kurwa paprotki znaleźć nie mogę, taki ze mnie brygadzista - podparł głowę ręką i pokiwał przecząco głową. Stanley utracił wiarę w swoje umiejętności w tym momencie. Jak on miał szukać przestępców jak nie potrafił znaleźć jakieś kapusty po środku lasu?
Spojrzał w otaczającą ich ciemność jakby chciał czegoś dostrzec. Czy to w ogóle miało sens? Może powinni zrezygnować z dalszych poszukiwań? Jedyne co do tej pory udało im się osiągnąć to zszargane nerwy Stelli i stłuczone kolano Stanleya. Nie wspominając o jego ubiorze oczywiście. Ktoś już na pewno ją znalazł, a w tym tempie to oni do rana będą martwi w tym lesie.
- Hm..? Mówiłaś coś? - ocknął się i zapytał. Wydawało mu się, że panna Avery coś od niego chciała. Chociaż mogło mu się wydawać, ponieważ był zamyślony. Walczył sam ze sobą w głowie. Jeden Stanley przekonywał go, aby wziął Stellę i spakować się z tego lasu. Drugi Stanley mówił, aby pójść dalej w głąb, bo przecież już tak daleko zaszli i poddanie się teraz było bez sensu.
Zsunął się z drzewa i odwrócił do dziewczyny - Chodź. Idziemy - wyciągnął do jej dłoń, aby pomóc jej zejść - Znajdziemy tę paprotkę. Nie możemy wrócić na tarczy po takim wysiłku - oznajmił jej - Nie po to dałaś się zaatakować pająkowi, żeby teraz się poddać - motywował Stellę do dalszego działania. Na całe szczęście bitwę argumentów wygrał drugi Borgin, który był pozytywnie nastawiony do całego sabatu.
Ruszył do przodu lekko utykając nogą. Wystawił za siebie prawą dłoń i dwa razy ją zgiął, aby dać jej znak, że może się złapać jeśli tylko tego zechce. Lewą dłoń ruszał przed nimi, aby rozświetlić okolicę i zwiększyć ich szansę na znalezienie czegokolwiek.
- Jakbyś mi powiedziała, że to tak będzie wyglądać to bym wziął swoje bojówki z ministerstwa, bo pantofle się do tego nie nadają - uśmiechnął się i powiedział lekko rozśmieszonym głosem, a następnie uniósł jednego buta aby pokazać jego stan, który wskazywał na całkowite zabrudzenie - Tobie też bym może wtedy takie ogarnął… Ale mniejszy rozmiar, bo w moich to byś raczej pływała - dodał - No chyba, że lubisz takie spocone i ubłocone buty brygadierów uderzeniowych? - zapytał. Humor zaczął mu dopisywać. Powoli odzyskiwał wiarę w to, że uda im się jednak ją odnaleźć. Bo jak nie my to kto? pomyślał.
Stella opisywała mu wcześniej tę paprotkę jako fioletowa roślina. Teraz w końcu przyszedł czas na zastosowanie swojej taktyki, ponieważ ujrzał jakąś grupę kwiatów w odpowiednim kolorze - Może to te? - zapytał swojej kompanki, aby podała swoją ekspertyzę w tej sprawie. Borginowi wydawało się, że raczej nie, ponieważ rosło ich tutaj po prostu za dużo. A podobno owa roślina miała być unikatowa czy tam legendarna.
To nie może być to pomyślał i ruszył dalej. Rozglądał się uważnie za kolejnym kwiatem, który mógłby mu wpaść w oko - Jak Ci się spaceruje w ogóle? Ciepło Ci? - zapytał. Wolał rozmawiać nawet o najmniejszych pierdołach, niż iść w głuchej ciszy, która była po prostu niepokojącą. Nawet mała pogawędka podnosiła człowieka na duchu i nie pozwalała zwariować. A na tym zależało mu w tym momencie najbardziej.
- Długo w sumie grasz na tej wiolonczeli? - zagaił ponownie. Nigdy wcześniej nie mieli okazji aby sobie porozmawiać we dwójkę w spokoju. Zawsze były tłumy gapiów, nie ważne gdzie by się znajdowali w Londynie. Każdorazowo był ktoś kto by podsłuchiwał albo interesował się tym co by robili. Ta cała rozpoznawalność Stelli…
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972