19.01.2026, 17:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2026, 17:23 przez Millie Moody.)
Aj tam gadanie
Chciała powiedzieć.
Zobaczyła jego minę i ugryzła się w język, co nie było zbyt częstym zachowaniem panny Moody.
– Bo uważa mnie za pozbawionego wartości śmiecia? – podpowiedziała Basiliusowi, który zapewne miał biegunowo odległe doświadczenia z Atreusem. Cóż, Miles nie była zbyt normalna, jej język pozostawiał wiele do życzenia, aczkolwiek gdzieś kiedyś wydarzyła się taka ich rozmowa, która sprawiła, że wszystkie przepychanki odbierała teraz ze śmiertelną powagą. Nie żeby pamiętała kiedy dokładnie to było.
Może i by powiedziała coś więcej, ale umilkła, gdy Basilius zaczął mówić o gwiazdach. Uczucie komfortu gnieżdżące się w piersi było obce... nie, nie było wcale obce. Tak się czuła nie raz i nie dwa w Księżycowym, gdzie razem odpoczywali, razem śmiali się, walczyli, razem spali.
– Brakuje mi wiesz? Brakuje mi Thomasa. Z nami – przyznała bardzo cicho, na moment, na króciusienieniuńki moment kładąc mu głowę na barku. – Urządzimy sobie jakieś małe party w Księżycowym jak ten ślub się skończy? – zapytała naiwnie, dziewczęco i cicho, zupełnie jakby spodziewała się natychmiastowej odmowy. – Nie wiem jak można byłoby ogarnąć tańczenie we trójkę inaczej niż w kółeczku, ale coś wymyślimy. [b]– I nie narzekaj na konia, bo Thomas dostał ryby. To by było, zamieniasz się w magicznego karpia i padasz na ziemię nie mogąc oddychać, możesz to sobie wyobrazić? A miał być gigantyczny wąż morski. Czy coś. – fantazjowała, czując jak dłonie ześlizgują się z dłoni przyjaciela, jak wolny taniec w ramie, staje się bardziej kołysaniem w ciasnym przytuleniu. Na moment. Na krótki moment. Bezpiecznie. Spokojnie.
Zbyt publicznie.
Gdy tylko zdała sobie sprawę z tego co robi, zainscenizowała teatralne potknięcie się o korzeń (nie ważne że trawa). Absolutnie, nigdy PRZENIGDY nie powinni tak się zachowywać publicznie. Z powodu wszystkich i wszystkiego. Z powodu czystokrwistej karty Prewetta, z powodu zagrożenia, które mogłaby na niego ściągnąć ona, dziewczyna z wymalowaną tarczą strzelniczą na plecach.
– Kurwa sory, wiesz może chodźmy do tych Twoich tam no... brata i tej jego laski. Chyba muszę usiąść na moment. – wyrzuciła z siebie, gdy pomagał jej się podnieść z ziemi. – Chyba zepsułam sobie sukienkę... ale to nic, bo mam drugą na takie okazje! Także no. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w najlepszym porządku. – Uśmiechała się szeroko i sztucznie zaklinając rzeczywistość i rozglądając się w tłumie za drugą parą. Może Mona nie będzie chciała jej zamordować oczami tym razem. Może.
Będzie to jednak skuteczne rozproszenie i coś jej mówiło, coś jej BARDZO mówiło, że Basiliusowi też się przyda... myśleć o czymś innym.
Chciała powiedzieć.
Zobaczyła jego minę i ugryzła się w język, co nie było zbyt częstym zachowaniem panny Moody.
– Bo uważa mnie za pozbawionego wartości śmiecia? – podpowiedziała Basiliusowi, który zapewne miał biegunowo odległe doświadczenia z Atreusem. Cóż, Miles nie była zbyt normalna, jej język pozostawiał wiele do życzenia, aczkolwiek gdzieś kiedyś wydarzyła się taka ich rozmowa, która sprawiła, że wszystkie przepychanki odbierała teraz ze śmiertelną powagą. Nie żeby pamiętała kiedy dokładnie to było.
Może i by powiedziała coś więcej, ale umilkła, gdy Basilius zaczął mówić o gwiazdach. Uczucie komfortu gnieżdżące się w piersi było obce... nie, nie było wcale obce. Tak się czuła nie raz i nie dwa w Księżycowym, gdzie razem odpoczywali, razem śmiali się, walczyli, razem spali.
– Brakuje mi wiesz? Brakuje mi Thomasa. Z nami – przyznała bardzo cicho, na moment, na króciusienieniuńki moment kładąc mu głowę na barku. – Urządzimy sobie jakieś małe party w Księżycowym jak ten ślub się skończy? – zapytała naiwnie, dziewczęco i cicho, zupełnie jakby spodziewała się natychmiastowej odmowy. – Nie wiem jak można byłoby ogarnąć tańczenie we trójkę inaczej niż w kółeczku, ale coś wymyślimy. [b]– I nie narzekaj na konia, bo Thomas dostał ryby. To by było, zamieniasz się w magicznego karpia i padasz na ziemię nie mogąc oddychać, możesz to sobie wyobrazić? A miał być gigantyczny wąż morski. Czy coś. – fantazjowała, czując jak dłonie ześlizgują się z dłoni przyjaciela, jak wolny taniec w ramie, staje się bardziej kołysaniem w ciasnym przytuleniu. Na moment. Na krótki moment. Bezpiecznie. Spokojnie.
Zbyt publicznie.
Gdy tylko zdała sobie sprawę z tego co robi, zainscenizowała teatralne potknięcie się o korzeń (nie ważne że trawa). Absolutnie, nigdy PRZENIGDY nie powinni tak się zachowywać publicznie. Z powodu wszystkich i wszystkiego. Z powodu czystokrwistej karty Prewetta, z powodu zagrożenia, które mogłaby na niego ściągnąć ona, dziewczyna z wymalowaną tarczą strzelniczą na plecach.
– Kurwa sory, wiesz może chodźmy do tych Twoich tam no... brata i tej jego laski. Chyba muszę usiąść na moment. – wyrzuciła z siebie, gdy pomagał jej się podnieść z ziemi. – Chyba zepsułam sobie sukienkę... ale to nic, bo mam drugą na takie okazje! Także no. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w najlepszym porządku. – Uśmiechała się szeroko i sztucznie zaklinając rzeczywistość i rozglądając się w tłumie za drugą parą. Może Mona nie będzie chciała jej zamordować oczami tym razem. Może.
Będzie to jednak skuteczne rozproszenie i coś jej mówiło, coś jej BARDZO mówiło, że Basiliusowi też się przyda... myśleć o czymś innym.
Koniec sesji