19.01.2026, 21:38 ✶
Tuż po wylądowaniu w magicznej dzielnicy Londynu, spojrzenie Longbottoma mimowolnie powędrowało w kierunku zegarka, który spoczywał na jego nadgarstku. Nie było tak źle; dalej miał kilka godzin na zrobienie zakupów przed spotkaniem rodzinnym z okazji Mabon, które miała odbyć się w Warowni. Ciekawiło go, ile osób się zjawi. Czy można było liczyć na obecność wuja Clemensa, biorąc pod uwagę ostatnie okoliczności? Czy rodzice planowali zaprosić jakąś dalszą rodzinę? Może kogoś od strony matki?
Czasem żałował, że dalsze kuzynostwo czy nawet Frank byli zamknięci przez tyle czasu w Hogwarcie, podczas gdy reszta rodziny mogła spokojnie spotykać się ze sobą w trakcie tych wszystkich sabatów. Wprawdzie nie wątpił, że młodzież w akademii magii pewnie też miała zapewnione jakieś rozrywki, ale miło by było zobaczyć rodzinę w pełnym składzie przed Yule czy następną przerwą wakacyjną. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak wiele się zmieniło w ich życiu w ciągu ostatnich dni. Przynajmniej Frank jest bezpieczny w szkole, pomyślał przelotnie mężczyzna, maszerując niespiesznie w stronę głównego terenu kiermaszu. Co jak co, ale stanowiło to pewną pociechę.
Erik wyciągnął z kieszeni pergaminową kartkę, na której miał rozpisane nazwy lokali, które miał dzisiaj odwiedzić. Niestety w tym roku nie miał zbytnio czasu na zorganizowanie jakichś wymyślnych prezentów, więc wielkie tournée po sklepach musiało poczekać do bardziej hucznych świąt. W sumie to nawet nie były jego zakupy. Po prostu chwilę po śniadaniu znalazł listę zakupów i postanowił wyręczyć nieco rodziców i Malwę. Może nawet wyjdzie mu to na dobre? Bądź co bądź, dobrze by było rozejrzeć się nieco po mieście i zorientować się, które lokale zdołały się już w pełni otworzyć swoje podwoje po fali pożarów.
Londyn zdecydowanie nie traci czasu, skomentował bezgłośnie, przystając przy jednym ze słupów ogłoszeniowych. Spośród nieaktualnych od co najmniej kilku miesięcy komunikatów tu i ówdzie można było zauważyć kilka, które wyglądały na względnie świeże. Zwłaszcza plakat The Globe obklejony dookoła pomniejszymi ulotkami, które powielały jedną i tą samą treść. Erik mimowolnie skrzywił się na widok reklamy. Miał dość mieszane odczucia względem właścicieli tego przybytku, ale musiał przyznać, że należały im się gratulacje za tak szybki powrót do formy. Socjeta pewnie już piała z radości, że ogłoszono program na jesień.
Westchnął cicho. Raczej nie uda mu się wymigać od wizyty tam. Miał złe przeczucia co do tego wypadu; nie mógł pozbyć się wrażenia, że zostanie poddany dość szczegółowej ocenie. Jak każdy Longbottom, który postanowi zjawić się na tej imprezie. W końcu, kiedy większość z nich uganiała się po zakamarkach magicznego Londynu, próbując powstrzymać najgorszą falę ognia, to w tym samym momencie płonęła ich rodzinna posiadłość. Co poniektóre osoby na pewno będą ich wypatrywać, żeby zobaczyć, jak sobie radzą. I jak mocno w nich to uderzyło. Erik pokręcił głową i wznowił swój spacer.
Chociaż na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że najgorsze rany odniesione przez Ulicę Pokątną podczas Spalonej Nocy zaczynały się zabliźniać, tak trudno było nie odczuć tego, że magiczna dzielnica dalej zbierała się po tym wszystkim do kupy. W ubiegłych latach o tej porze w dzielnicy byłoby pełno ludzi, a teraz? Między kramami sprzedawców krążył co najwyżej pojedyncze jednostki, a jeśli już udawało się dotrzeć jakąś większą grupę, to zazwyczaj trzymała się blisko siebie, nie zaczepiając przypadkowych osób. W sumie nic dziwnego. Wielu pewnie wolało teraz dmuchać na zimno z obawy o własne bezpieczeństwo.
Handlarze na pewno próbują się odkuć, pomyślał Erik, przyglądając się mijanym straganom. Skromne zestawy podstawowych ziół leczniczych, wyroby rzemieślnicze... Tu i ówdzie dało się też dotrzeć pozostałości po wyprzedanych już warzywach i owocach z sadów. Jak wiele z nich pochodziło z Doliny Godryka lub pól uprawnych otaczających Little Hangleton? Jak wiele w ogóle tutaj nie dotarło, bo zwyczajnie nie było komu dostarczyć ich na miejsce? Jak wiele zostało stracone w ogniu, kiedy mniejsze miasteczka stanęły na linii ognia Spalonej Nocy?
— To chyba nie na moje nerwy dzisiaj — mruknął pod nosem Erik, zatrzymując się przy stanowisku z odzieżą.
Nie była to jakość domu mody Rosier, ale nie były to też pierwsze lepsze szmatki, które można było znaleźć na bazarze Lovegoodów. Ktoś faktycznie się nad tym napracował. Tkanina była wystarczająco gruba, aby utrzymać ciepło nawet w chłodną pogodę. Dobra na nadchodzącą jesień? Wytrzyma zimowe mrozy?, zastanawiał się czarodziej, gładząc dłonią ciemnozieloną pelerynę ze złotymi zdobieniami. Zerknął na metkę z ceną, kiwając powoli głową. Kwota, jakiej oczekiwali właściciele stoiska, była dość wysoka, ale biorąc pod uwagę okoliczności... Akceptowalna. Każdy chciał trochę zarobić. Pytanie tylko jaką będą mieli sprzedaż, jeśli wszystko będą sprzedawać po takiej cenie.
Erik na szczęście nie musiał się przejmować takimi sprawami. Odbudowa posiadłości szła całkiem sprawnie i chociaż nadszarpnęła nieco budżet rodziny z uwagi na nieprzewidziane wydatki, tak nie na tyle, aby musieli nagle oszczędzać każdy grosz. Poza tym, to była poniekąd inwestycja. Część ciuchów na zawsze stracił w ogniu, a część po prostu nie nadawała się do noszenia w towarzystwie przez uszkodzenia wywołane pyłem, dymem, sadzą, jak i samym ogniem. A peleryna wyglądała na wystarczająco wytrzymałą, aby przetrwać co najmniej kilka sezonów. O ile nie będę w niej biegał po Polanie Ognisk, dodał w myślach, zaraz jednak odpędzając od siebie tę myśl. Longbottom przystanął na dłuższą chwilę przy stoisku, macając z uwagą poszczególne elementy peleryny, aby po pewnym czasie ściągnąć jedną z wieszaka, co by móc ją przymierzyć. Kto wie, może łut szczęścia podsunie mu właściwy rozmiar?
Czasem żałował, że dalsze kuzynostwo czy nawet Frank byli zamknięci przez tyle czasu w Hogwarcie, podczas gdy reszta rodziny mogła spokojnie spotykać się ze sobą w trakcie tych wszystkich sabatów. Wprawdzie nie wątpił, że młodzież w akademii magii pewnie też miała zapewnione jakieś rozrywki, ale miło by było zobaczyć rodzinę w pełnym składzie przed Yule czy następną przerwą wakacyjną. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak wiele się zmieniło w ich życiu w ciągu ostatnich dni. Przynajmniej Frank jest bezpieczny w szkole, pomyślał przelotnie mężczyzna, maszerując niespiesznie w stronę głównego terenu kiermaszu. Co jak co, ale stanowiło to pewną pociechę.
Erik wyciągnął z kieszeni pergaminową kartkę, na której miał rozpisane nazwy lokali, które miał dzisiaj odwiedzić. Niestety w tym roku nie miał zbytnio czasu na zorganizowanie jakichś wymyślnych prezentów, więc wielkie tournée po sklepach musiało poczekać do bardziej hucznych świąt. W sumie to nawet nie były jego zakupy. Po prostu chwilę po śniadaniu znalazł listę zakupów i postanowił wyręczyć nieco rodziców i Malwę. Może nawet wyjdzie mu to na dobre? Bądź co bądź, dobrze by było rozejrzeć się nieco po mieście i zorientować się, które lokale zdołały się już w pełni otworzyć swoje podwoje po fali pożarów.
Londyn zdecydowanie nie traci czasu, skomentował bezgłośnie, przystając przy jednym ze słupów ogłoszeniowych. Spośród nieaktualnych od co najmniej kilku miesięcy komunikatów tu i ówdzie można było zauważyć kilka, które wyglądały na względnie świeże. Zwłaszcza plakat The Globe obklejony dookoła pomniejszymi ulotkami, które powielały jedną i tą samą treść. Erik mimowolnie skrzywił się na widok reklamy. Miał dość mieszane odczucia względem właścicieli tego przybytku, ale musiał przyznać, że należały im się gratulacje za tak szybki powrót do formy. Socjeta pewnie już piała z radości, że ogłoszono program na jesień.
Westchnął cicho. Raczej nie uda mu się wymigać od wizyty tam. Miał złe przeczucia co do tego wypadu; nie mógł pozbyć się wrażenia, że zostanie poddany dość szczegółowej ocenie. Jak każdy Longbottom, który postanowi zjawić się na tej imprezie. W końcu, kiedy większość z nich uganiała się po zakamarkach magicznego Londynu, próbując powstrzymać najgorszą falę ognia, to w tym samym momencie płonęła ich rodzinna posiadłość. Co poniektóre osoby na pewno będą ich wypatrywać, żeby zobaczyć, jak sobie radzą. I jak mocno w nich to uderzyło. Erik pokręcił głową i wznowił swój spacer.
~~*~~
Chociaż na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że najgorsze rany odniesione przez Ulicę Pokątną podczas Spalonej Nocy zaczynały się zabliźniać, tak trudno było nie odczuć tego, że magiczna dzielnica dalej zbierała się po tym wszystkim do kupy. W ubiegłych latach o tej porze w dzielnicy byłoby pełno ludzi, a teraz? Między kramami sprzedawców krążył co najwyżej pojedyncze jednostki, a jeśli już udawało się dotrzeć jakąś większą grupę, to zazwyczaj trzymała się blisko siebie, nie zaczepiając przypadkowych osób. W sumie nic dziwnego. Wielu pewnie wolało teraz dmuchać na zimno z obawy o własne bezpieczeństwo.
Handlarze na pewno próbują się odkuć, pomyślał Erik, przyglądając się mijanym straganom. Skromne zestawy podstawowych ziół leczniczych, wyroby rzemieślnicze... Tu i ówdzie dało się też dotrzeć pozostałości po wyprzedanych już warzywach i owocach z sadów. Jak wiele z nich pochodziło z Doliny Godryka lub pól uprawnych otaczających Little Hangleton? Jak wiele w ogóle tutaj nie dotarło, bo zwyczajnie nie było komu dostarczyć ich na miejsce? Jak wiele zostało stracone w ogniu, kiedy mniejsze miasteczka stanęły na linii ognia Spalonej Nocy?
— To chyba nie na moje nerwy dzisiaj — mruknął pod nosem Erik, zatrzymując się przy stanowisku z odzieżą.
Nie była to jakość domu mody Rosier, ale nie były to też pierwsze lepsze szmatki, które można było znaleźć na bazarze Lovegoodów. Ktoś faktycznie się nad tym napracował. Tkanina była wystarczająco gruba, aby utrzymać ciepło nawet w chłodną pogodę. Dobra na nadchodzącą jesień? Wytrzyma zimowe mrozy?, zastanawiał się czarodziej, gładząc dłonią ciemnozieloną pelerynę ze złotymi zdobieniami. Zerknął na metkę z ceną, kiwając powoli głową. Kwota, jakiej oczekiwali właściciele stoiska, była dość wysoka, ale biorąc pod uwagę okoliczności... Akceptowalna. Każdy chciał trochę zarobić. Pytanie tylko jaką będą mieli sprzedaż, jeśli wszystko będą sprzedawać po takiej cenie.
Erik na szczęście nie musiał się przejmować takimi sprawami. Odbudowa posiadłości szła całkiem sprawnie i chociaż nadszarpnęła nieco budżet rodziny z uwagi na nieprzewidziane wydatki, tak nie na tyle, aby musieli nagle oszczędzać każdy grosz. Poza tym, to była poniekąd inwestycja. Część ciuchów na zawsze stracił w ogniu, a część po prostu nie nadawała się do noszenia w towarzystwie przez uszkodzenia wywołane pyłem, dymem, sadzą, jak i samym ogniem. A peleryna wyglądała na wystarczająco wytrzymałą, aby przetrwać co najmniej kilka sezonów. O ile nie będę w niej biegał po Polanie Ognisk, dodał w myślach, zaraz jednak odpędzając od siebie tę myśl. Longbottom przystanął na dłuższą chwilę przy stoisku, macając z uwagą poszczególne elementy peleryny, aby po pewnym czasie ściągnąć jedną z wieszaka, co by móc ją przymierzyć. Kto wie, może łut szczęścia podsunie mu właściwy rozmiar?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞