19.01.2026, 23:22 ✶
— Jeśli uważasz, że w kuchni będzie bezpieczniej, to możemy iść tam — podsunął Erik, przechodząc przez salę, aby zaraz przenieść się do strefy za ladą, która była przeznaczona stricte dla pracowników klubokawiarni. — Ostatnie spłonęło w mojej obecności wystarczająco dużo rzeczy, więc może sprzęty kuchenne ocaleją.
Uśmiechnął się bez większej wesołości. Na Merlina, czy teraz zawsze tak będzie? Naprawdę próbował jakoś odizolować się od tych wszystkich okropnych zdarzeń, jakie spotkały go w ostatnim czasie, ale raz za razem mimo woli lądował w gąszczu odniesień do ich ostatnich problemów. Najpierw ataki Śmierciożerców, które wpływały na jego pracę w BUMie. Potem Polana Ognisk. Cała ta afera z arcykapłanką, która odbiła się echem po całej społeczności czarodziejów i czarownic, aby koniec końców nadeszła Spalona Noc. I Arista Black doprawiła to wszystko swoim artykulikiem, dodał w myślach, wypuszczając z siebie pełne frustracji westchnienie.
— Masz jakieś formy w kształcie Proroka Codziennego? Może wpieprzenie paru ciastek, to też będzie jakiś środek terapeutyczny? Może jak zjem ich wystarczająco dużo, to przestanę o tym cały czas myśleć — kontynuował, wpuszczając Norę do kuchni jako pierwszą.
Bądź co bądź, to było jej królestwo. Zdarzało mu się już towarzyszyć jej w eksperymentach kuchennych, jednak... Cóż, wiedzą powszechną było, że Longbottom nie za dobrze radził sobie w kuchni. Wszystko leciało mu z rąk, proporcje składników nigdy nie były takie jak trzeba, a łyżki magicznie lądowały za meblami ilekroć zaczynał się nimi bawić. Tyle dobrego, że czajniki przestały wybuchać i noże już nie latały po kuchni odkąd pozbył się klątwy, która się do niego przyczepiła w okolicach wiosny. Od tamtego czasu było o niebo lepiej, ale i tak... Nie idealnie.
Wiedziony instynktem trzymał się póki co blisko wyjścia, jakby testował w jaki sposób zachowa się pomieszczenie w jego obecności. Brenna i Dora miały w zwyczaju wyganiać go z kuchni ilekroć razem bawiły się w przygotowania jakichś przysmaków, toteż wolał się nie rozgaszczać zbyt szybko. Trzeba było pozwolić, aby kuchnia się do niego jakoś przyzwyczaiła, czyż nie? To było jak z domowym zwierzakiem, kiedy wpadało się do kogoś w odwiedziny. Trzeba było dać mu się obwąchać... I liczyć, że nie wyczuje wilka kryjącego się pod skórą.
— Jak to wyglądało z twojej perspektywy? — spytał po dłuższej chwili, kiedy już odważył się podejść do stołu i założyć fartuch z logiem lokalu Nory. — Artykuł w sensie. Ktoś ci się naprzykrzał? Przychodził tutaj?
Zerknął na nią z powagą, chociaż w spojrzeniu kryła się autentyczna troska. Nie chciał, aby jego bliscy płacili za to, że pismaki postanowiły uwziąć się na jego rodzinę. Nora, Elliott, Geraldine... To były tylko osoby związane bezpośrednio z nim, ale przecież artykuł nie traktował tylko i wyłącznie o nim. Kto wie, do kogo by się przyczepili, gdyby postanowili pogrzebać nieco więcej w sprawach Brenny albo Morfeusza?
Uśmiechnął się bez większej wesołości. Na Merlina, czy teraz zawsze tak będzie? Naprawdę próbował jakoś odizolować się od tych wszystkich okropnych zdarzeń, jakie spotkały go w ostatnim czasie, ale raz za razem mimo woli lądował w gąszczu odniesień do ich ostatnich problemów. Najpierw ataki Śmierciożerców, które wpływały na jego pracę w BUMie. Potem Polana Ognisk. Cała ta afera z arcykapłanką, która odbiła się echem po całej społeczności czarodziejów i czarownic, aby koniec końców nadeszła Spalona Noc. I Arista Black doprawiła to wszystko swoim artykulikiem, dodał w myślach, wypuszczając z siebie pełne frustracji westchnienie.
— Masz jakieś formy w kształcie Proroka Codziennego? Może wpieprzenie paru ciastek, to też będzie jakiś środek terapeutyczny? Może jak zjem ich wystarczająco dużo, to przestanę o tym cały czas myśleć — kontynuował, wpuszczając Norę do kuchni jako pierwszą.
Bądź co bądź, to było jej królestwo. Zdarzało mu się już towarzyszyć jej w eksperymentach kuchennych, jednak... Cóż, wiedzą powszechną było, że Longbottom nie za dobrze radził sobie w kuchni. Wszystko leciało mu z rąk, proporcje składników nigdy nie były takie jak trzeba, a łyżki magicznie lądowały za meblami ilekroć zaczynał się nimi bawić. Tyle dobrego, że czajniki przestały wybuchać i noże już nie latały po kuchni odkąd pozbył się klątwy, która się do niego przyczepiła w okolicach wiosny. Od tamtego czasu było o niebo lepiej, ale i tak... Nie idealnie.
Wiedziony instynktem trzymał się póki co blisko wyjścia, jakby testował w jaki sposób zachowa się pomieszczenie w jego obecności. Brenna i Dora miały w zwyczaju wyganiać go z kuchni ilekroć razem bawiły się w przygotowania jakichś przysmaków, toteż wolał się nie rozgaszczać zbyt szybko. Trzeba było pozwolić, aby kuchnia się do niego jakoś przyzwyczaiła, czyż nie? To było jak z domowym zwierzakiem, kiedy wpadało się do kogoś w odwiedziny. Trzeba było dać mu się obwąchać... I liczyć, że nie wyczuje wilka kryjącego się pod skórą.
— Jak to wyglądało z twojej perspektywy? — spytał po dłuższej chwili, kiedy już odważył się podejść do stołu i założyć fartuch z logiem lokalu Nory. — Artykuł w sensie. Ktoś ci się naprzykrzał? Przychodził tutaj?
Zerknął na nią z powagą, chociaż w spojrzeniu kryła się autentyczna troska. Nie chciał, aby jego bliscy płacili za to, że pismaki postanowiły uwziąć się na jego rodzinę. Nora, Elliott, Geraldine... To były tylko osoby związane bezpośrednio z nim, ale przecież artykuł nie traktował tylko i wyłącznie o nim. Kto wie, do kogo by się przyczepili, gdyby postanowili pogrzebać nieco więcej w sprawach Brenny albo Morfeusza?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞