20.01.2026, 09:13 ✶
Życie z taką matką jak ona nie było wcale łatwe. Owszem, wspierała dzieci, nigdy nie dręczyła ich fizycznie i tylko z rzadka psychicznie, zawsze jasno dawała do zrozumienia, co by ją zadowoliło, ale jednocześnie zazwyczaj nie usiłowała narzucać im konkretnych ścieżek siłą. Sama będąc tak uparta i tak pragnąca niezależności, pogodziła się z bólem z tym, że Jasper pracował dla goblinów – nawet jeśli wypatrywała okazji, by to zmienić – tolerowała wybory znajomych, które niekoniecznie popierała, nie dyktowała, kogo mają kochać. Ale miała mnóstwo uprzedzeń – do goblinów, wilkołaków, wampirów, Amerykanów i osób noszących nie twarzowe koszule na przykład – i umiała być… przytłaczająca.
Tak jak teraz.
– Skąd to zdziwienie? – zdążyła spytać jeszcze, obrzucając syna oburzonym wzrokiem, bo przecież to oczywiste, że pierniczki, które zrobiła, były przepyszne, bo upiekła je sama… zanim omal nie udławiła się rzeczonym, przepysznym pierniczkiem.
Podparła się o blat, trzymając za gardło, nim w końcu odzyskała oddech. Machnęła niecierpliwym gestem ku psu, zupełnie jakby miało go to powstrzymać przed szczekaniem, a potem ujęła podsuniętą jej szklankę i upiła parę łyków wody.
– Jakiego wampira masz na myśli? I co dokładnie masz na myśli przez przyjaźnienie? – zapytała, już bardzo spokojnym tonem. Wiedziała, że w życiu Jonathana był jakiś wampir, to znaczy dowiedziała się o tym niedawno. I że ten wampir mógł im zagrażać. Ponoć sprawa została załatwiona, ale że załatwiono ją… jakąś przyjaźnią? Jaką przyjaźnią? Podobno ten wampir był już przeszłością, tyle że taką, która się tutaj im wdzierała w teraźniejszość. O co w tym wszystkim chodziło? I o co by nie chodziło, dlaczego o niczym nie wiedziała…? – I skąd o tym wiesz? – dodała jeszcze, mierząc Jessiego uważnym wzrokiem. Niech Jonathan spotyka się z trupami, jak już koniecznie musi, choć łamał jej tym serce, ale chyba nie zabrał jej ukochanego synka do kogoś, kto musi wykradać energię żywych, by podtrzymać swoje istnienie…?
Tak jak teraz.
– Skąd to zdziwienie? – zdążyła spytać jeszcze, obrzucając syna oburzonym wzrokiem, bo przecież to oczywiste, że pierniczki, które zrobiła, były przepyszne, bo upiekła je sama… zanim omal nie udławiła się rzeczonym, przepysznym pierniczkiem.
Podparła się o blat, trzymając za gardło, nim w końcu odzyskała oddech. Machnęła niecierpliwym gestem ku psu, zupełnie jakby miało go to powstrzymać przed szczekaniem, a potem ujęła podsuniętą jej szklankę i upiła parę łyków wody.
– Jakiego wampira masz na myśli? I co dokładnie masz na myśli przez przyjaźnienie? – zapytała, już bardzo spokojnym tonem. Wiedziała, że w życiu Jonathana był jakiś wampir, to znaczy dowiedziała się o tym niedawno. I że ten wampir mógł im zagrażać. Ponoć sprawa została załatwiona, ale że załatwiono ją… jakąś przyjaźnią? Jaką przyjaźnią? Podobno ten wampir był już przeszłością, tyle że taką, która się tutaj im wdzierała w teraźniejszość. O co w tym wszystkim chodziło? I o co by nie chodziło, dlaczego o niczym nie wiedziała…? – I skąd o tym wiesz? – dodała jeszcze, mierząc Jessiego uważnym wzrokiem. Niech Jonathan spotyka się z trupami, jak już koniecznie musi, choć łamał jej tym serce, ale chyba nie zabrał jej ukochanego synka do kogoś, kto musi wykradać energię żywych, by podtrzymać swoje istnienie…?