07.03.2023, 01:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2023, 01:05 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses patrzył na Cathala niecierpliwie.
No dalej! Uwierz mi, uwierz mi, uwierz mi… – powtarzał sobie w myślach. Tu chodzi o twoje życie!
Odruchowo zerkał w stronę reszty zbierającej się wokół świstoklika, ciągle spodziewając się, że wśród podchodzących pokaże się też morderca. Może w osobie Aydena, może kogoś innego, tylko przypadkiem dokooptowanego do całej grupy archeologicznej. To, że Nolan albo nie usłyszał jego słów, albo postanowił je zignorować (a z nim cała reszta), uznał za dobrą monetę. Im mniejszy stanowili problem, tym lepiej dla niego. Zwłaszcza, że mieli z Shafiqiem błądzącego po snach wariata – mordercę w priorytecie.
I wtedy Cathal mu uwierzył. Znaczy, właściwie to Ulysses nie był pewien, jak to działało we śnie i czy to, że mu uwierzył, oznaczało, że będzie pamiętał również za chwilę, gdyby znowu przeniosło ich w inne miejsce. Nie wiedział nawet, czy sam będzie pamiętał, jeśli się przeniesie. Ale teraz uwierzył i tylko to się liczyło.
- Sam mówiłeś, że nie zrobiłeś mu krzywdy… - zaczął obronnie.
Ale nie skończył, bo sen rozpadł się niby domek z kart.
*
Ulysses nie miał zielonego pojęcia, gdzie się właściwie znalazł. Był w jakimś korytarzu. Wąskim, ciemnym i ponurym. Śmierdziało tu starą wodą i pleśnią. Było zimno – albo to jemu wydawało się, że było tu zimno. Wiedział tylko, że to kolejny sen a Cathal jest w niebezpieczeństwie.
Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Uprzedzenie Shafiqa nic nie dało. Tak, nie został zaatakowany w tamtym śnie, ale wcale się nie przebudził. Morderca wciąż musiał gdzieś się kręcić w pobliżu.
Młody Rookwood, machnął różdżką by wyczarować lumos. Schylił się i ruszył biegiem przez korytarz, przez całą plątaninę korytarzy. Nie miał zielonego pojęcia dokąd zmierzał, wiedział tylko że jeśli się nie myli, to Cathal znowu jest w niebezpieczeństwie. Może teraz przynajmniej wie, że śni i będzie miał się na baczności? Ale Ulysses nie mógł mieć do końca tej pewności.
Wypadł z korytarza wprost na kamienną posadzkę. Nie miał czasu na rozglądanie się po ogromnym pomieszczeniu. Ledwie wzrokiem omiótł wężowe sklepienie czy płaskorzeźby. Nie przystanął porażony ich majestatem. Ba, choć jakby dotarło do niego, że znaleźli się w Komnacie Tajemnic, nie zastanowił się, skąd Shafiq w ogóle wiedział, jak musiała wyglądać (i na ile to jego wyobrażenie było bliskie prawdy).
Błędnym wzrokiem szukał przeciwnika, skrywającego się w mroku wariata, który wykorzystywał cudze sny by atakować w nich śniącego. Najpierw dostrzegł Cathala. Może nawet próbowałby go ostrzec, ale tym razem nie miał, jak tego zrobić, bo napastnik był tuż obok niego.
Wściekłość zalała umysł Ulyssesa. Nie myślał co robi. Nie myślał nawet jak bardzo to nieracjonalne i o ile prościej byłoby po prostu zaatakować magią. Owszem, tę wykorzystał, już w biegu – różdżką wyczarowując nóż. Chciał zadać mu ból, namacalny i prawdziwy ból. Znał do tego doskonałe zaklęcie, ale tu nie chodziło o to, by napastnik poczuł cierpienie. Chodziło o to by odniósł rany.
Złapał ciemnowłosego, krępego mężczyznę za ramię, siłą odciągając od Cathala. Na Shafiqa zresztą nie patrzył, zbyt wściekły by myśleć racjonalnie. Teraz, gdy złapał napastnika, nie chciał go wypuścić z rąk.
I już nie było opanowanego, chłodnego Ulyssesa. Była furia, tłumiona latami nienawiść i agresja. Dźgnął go nożem. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty.
No dalej! Uwierz mi, uwierz mi, uwierz mi… – powtarzał sobie w myślach. Tu chodzi o twoje życie!
Odruchowo zerkał w stronę reszty zbierającej się wokół świstoklika, ciągle spodziewając się, że wśród podchodzących pokaże się też morderca. Może w osobie Aydena, może kogoś innego, tylko przypadkiem dokooptowanego do całej grupy archeologicznej. To, że Nolan albo nie usłyszał jego słów, albo postanowił je zignorować (a z nim cała reszta), uznał za dobrą monetę. Im mniejszy stanowili problem, tym lepiej dla niego. Zwłaszcza, że mieli z Shafiqiem błądzącego po snach wariata – mordercę w priorytecie.
I wtedy Cathal mu uwierzył. Znaczy, właściwie to Ulysses nie był pewien, jak to działało we śnie i czy to, że mu uwierzył, oznaczało, że będzie pamiętał również za chwilę, gdyby znowu przeniosło ich w inne miejsce. Nie wiedział nawet, czy sam będzie pamiętał, jeśli się przeniesie. Ale teraz uwierzył i tylko to się liczyło.
- Sam mówiłeś, że nie zrobiłeś mu krzywdy… - zaczął obronnie.
Ale nie skończył, bo sen rozpadł się niby domek z kart.
*
Ulysses nie miał zielonego pojęcia, gdzie się właściwie znalazł. Był w jakimś korytarzu. Wąskim, ciemnym i ponurym. Śmierdziało tu starą wodą i pleśnią. Było zimno – albo to jemu wydawało się, że było tu zimno. Wiedział tylko, że to kolejny sen a Cathal jest w niebezpieczeństwie.
Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Uprzedzenie Shafiqa nic nie dało. Tak, nie został zaatakowany w tamtym śnie, ale wcale się nie przebudził. Morderca wciąż musiał gdzieś się kręcić w pobliżu.
Młody Rookwood, machnął różdżką by wyczarować lumos. Schylił się i ruszył biegiem przez korytarz, przez całą plątaninę korytarzy. Nie miał zielonego pojęcia dokąd zmierzał, wiedział tylko że jeśli się nie myli, to Cathal znowu jest w niebezpieczeństwie. Może teraz przynajmniej wie, że śni i będzie miał się na baczności? Ale Ulysses nie mógł mieć do końca tej pewności.
Wypadł z korytarza wprost na kamienną posadzkę. Nie miał czasu na rozglądanie się po ogromnym pomieszczeniu. Ledwie wzrokiem omiótł wężowe sklepienie czy płaskorzeźby. Nie przystanął porażony ich majestatem. Ba, choć jakby dotarło do niego, że znaleźli się w Komnacie Tajemnic, nie zastanowił się, skąd Shafiq w ogóle wiedział, jak musiała wyglądać (i na ile to jego wyobrażenie było bliskie prawdy).
Błędnym wzrokiem szukał przeciwnika, skrywającego się w mroku wariata, który wykorzystywał cudze sny by atakować w nich śniącego. Najpierw dostrzegł Cathala. Może nawet próbowałby go ostrzec, ale tym razem nie miał, jak tego zrobić, bo napastnik był tuż obok niego.
Wściekłość zalała umysł Ulyssesa. Nie myślał co robi. Nie myślał nawet jak bardzo to nieracjonalne i o ile prościej byłoby po prostu zaatakować magią. Owszem, tę wykorzystał, już w biegu – różdżką wyczarowując nóż. Chciał zadać mu ból, namacalny i prawdziwy ból. Znał do tego doskonałe zaklęcie, ale tu nie chodziło o to, by napastnik poczuł cierpienie. Chodziło o to by odniósł rany.
Złapał ciemnowłosego, krępego mężczyznę za ramię, siłą odciągając od Cathala. Na Shafiqa zresztą nie patrzył, zbyt wściekły by myśleć racjonalnie. Teraz, gdy złapał napastnika, nie chciał go wypuścić z rąk.
I już nie było opanowanego, chłodnego Ulyssesa. Była furia, tłumiona latami nienawiść i agresja. Dźgnął go nożem. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty.