20.01.2026, 10:21 ✶
Pokrzykiwali na siebie i było w tym coś przyjemnie znajomego. Gdy jednak Selwyn obdarzył go swoim szczerym udarowaniem, w pierwszej chwili zamarł, sparaliżowany tym charakterystycznym ukłuciem... nie... metalowym zaciskiem na sercu, które w żaden sposób nie było mile widziane. Pamiętał doskonale kiedy czuł się tak ostatnio i było to w tym domu, piętro wyżej, kiedy wszystko się miało skończyć, a on nie potrafił, tak bardzo nie potrafił zrobić ostatniego z zaplanowanych ruchów.
Nie oddał tego uścisku, choć marzył o nim, o tej spontaniczności i cieple latami. Teraz to nie miało znaczenia, czy może miało znaczenie, które wcale mu się nie podobało. Jedno co z pewnością udało się Jonathanowi zrobić to wytrącić go z tej szarżującej pewności siebie i wypluwania zbyt dużej ilości słów na minutę. Nie wiedząc co ma z tym zrobić i jak się zachować, wolną dłonią poklepał plecy gospodarza w kilku niezręcznych pacnięciach.
Jeśli Jonathan skutecznie chciał go odstraszyć od ponownych odwiedzin, to nie mógł znaleźć lepszej metody, skuteczniejszej niż machanie mu przed nosem ichnim Departamentem Tajemnic.
Gabriel wstał, wciąż spięty, z dumą naderwaną lata temu, dłoń zacisnął na oparciu fotela, niechętny zwierzeniom, ale gniew formował wyrzuty, jak przed laty wybrzmiewający lepiej w języku do której przywykł przez te wieki egzystencji.
– Ja się zauroczyłem? Ja? – był nagle poważny, zbyt cichy, jakby Jonathan trafił w oko cyklonu, a wewnątrz odarta z całej pozy istota, była po prostu przerażona. I wściekła. – To Ty rzuciłeś na mnie urok, zrobiłeś ze mnie miękkiego sentymentalnego wampira, z przeklętym kryzysem egzystencjalnym! Ja już nawet nikogo nie mogę porządnie zabić, włączając w to samego siebie! –ile miał tych prób za sobą? Trzy? Cztery? – I nie, pocałunek nie wchodzi w grę. WY ludzie, macie do tego taki lekki stosunek. Jak nie ta, to inna, cieszycie się zupełnie nieświadomie przywilejem szerokiego wyboru. To nie jest polowanie, tu nie chodzi o przyprawę do krwi. Jeśli mam szansę, niewielką, ale zawsze, na to, że spotkałem kogoś z kim miło spędza mi się czas, a on nie rozsypie się w proch za pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, to nie mogę pozwolić sobie na błąd. Bo ona jest jedna jedyna i drugiej takiej nie ma na całym świecie! I nienawidzi romansów. Gardzi nimi. Szczyci się faktem, że z nikim nie jest związana, więc nie pytam o radę, jak to zrobić, tylko jak przekonać ją, że absolutnie z mojej strony nie ma woli w tym kierunku. Straciłaby jakiekolwiek resztki szacunku do mnie wtedy, choć... – odchrząknął zmieszany, wspominając rozmowy, które zdążyli odbyć, włączając te najbardziej upodlające dla jego samego. – Nie wiem właściwie, może mi się tylko wydaje. Nie mam podstaw, żeby uważać, że mnie choćby lubi. – przełknął ślinę boleśnie, w tempie orient ekspresowym przechodząc przez wszystkie stadia żałoby w toku jednej wypowiedzi.
– To był błąd, że przyszedłem. Nie będę Cię już niepokoił. Wybacz – wyrzucił przygaszony i skierował się do wyjścia.
Nie oddał tego uścisku, choć marzył o nim, o tej spontaniczności i cieple latami. Teraz to nie miało znaczenia, czy może miało znaczenie, które wcale mu się nie podobało. Jedno co z pewnością udało się Jonathanowi zrobić to wytrącić go z tej szarżującej pewności siebie i wypluwania zbyt dużej ilości słów na minutę. Nie wiedząc co ma z tym zrobić i jak się zachować, wolną dłonią poklepał plecy gospodarza w kilku niezręcznych pacnięciach.
Jeśli Jonathan skutecznie chciał go odstraszyć od ponownych odwiedzin, to nie mógł znaleźć lepszej metody, skuteczniejszej niż machanie mu przed nosem ichnim Departamentem Tajemnic.
Gabriel wstał, wciąż spięty, z dumą naderwaną lata temu, dłoń zacisnął na oparciu fotela, niechętny zwierzeniom, ale gniew formował wyrzuty, jak przed laty wybrzmiewający lepiej w języku do której przywykł przez te wieki egzystencji.
– Ja się zauroczyłem? Ja? – był nagle poważny, zbyt cichy, jakby Jonathan trafił w oko cyklonu, a wewnątrz odarta z całej pozy istota, była po prostu przerażona. I wściekła. – To Ty rzuciłeś na mnie urok, zrobiłeś ze mnie miękkiego sentymentalnego wampira, z przeklętym kryzysem egzystencjalnym! Ja już nawet nikogo nie mogę porządnie zabić, włączając w to samego siebie! –ile miał tych prób za sobą? Trzy? Cztery? – I nie, pocałunek nie wchodzi w grę. WY ludzie, macie do tego taki lekki stosunek. Jak nie ta, to inna, cieszycie się zupełnie nieświadomie przywilejem szerokiego wyboru. To nie jest polowanie, tu nie chodzi o przyprawę do krwi. Jeśli mam szansę, niewielką, ale zawsze, na to, że spotkałem kogoś z kim miło spędza mi się czas, a on nie rozsypie się w proch za pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, to nie mogę pozwolić sobie na błąd. Bo ona jest jedna jedyna i drugiej takiej nie ma na całym świecie! I nienawidzi romansów. Gardzi nimi. Szczyci się faktem, że z nikim nie jest związana, więc nie pytam o radę, jak to zrobić, tylko jak przekonać ją, że absolutnie z mojej strony nie ma woli w tym kierunku. Straciłaby jakiekolwiek resztki szacunku do mnie wtedy, choć... – odchrząknął zmieszany, wspominając rozmowy, które zdążyli odbyć, włączając te najbardziej upodlające dla jego samego. – Nie wiem właściwie, może mi się tylko wydaje. Nie mam podstaw, żeby uważać, że mnie choćby lubi. – przełknął ślinę boleśnie, w tempie orient ekspresowym przechodząc przez wszystkie stadia żałoby w toku jednej wypowiedzi.
– To był błąd, że przyszedłem. Nie będę Cię już niepokoił. Wybacz – wyrzucił przygaszony i skierował się do wyjścia.