20.01.2026, 10:46 ✶
Zdaniem Christophera to nie był sabat. To nie był nawet jarmark. To była… marna parodia.
Wędrował z Domu Mody ku swojemu mieszkaniu, zabrać kilka rzeczy przed kolacją i sprawdzić, czy ślady sadzy wciąż wędrowały po całym lokalu, jakby ktoś niewidzialny roznosił je po pomieszczeniach. W ostatnich dniach raczej teleportował się niż poruszał po Londynie piechotą, i z powodu popiołów, które drażniły płuca jeszcze tydzień po Spalonej Nocy, i ze względu na… niepokoje społeczne. Ale był trochę ciekaw, jak będzie wyglądało tegoroczne Mabon, a i wypadało zacząć walczyć o powrót do pełnej sprawności po zatruciu dymem.
Christopher Rosier rzadko bywał pod wrażeniem, ale tym razem…
Tym razem bardzo nie był pod wrażeniem.
Przesuwał spojrzeniem po wystawianych towarach, mijając kolejne stoiska, ale nic nie przyciągnęło jego wzroku przez długi czas. Dopiero stoisko z odzieżą sprawiło, że się zatrzymał: nie dlatego, że wierzył, że znajdzie tu coś ciekawszego niż u Rosierów, a ot bo były to rzeczy zawsze zwracające uwagę Christophera. Leżące tam peleryny, o dziwo jednak, nie były byle jakie – może i nie tak wspaniałe jak jego projekty, ale był niemal pewny, że w materiał wszyto jakieś zaklęcia. Wziął nawet w ręce jedną z peleryn: materiał by szorstki, nieprzyjemny, ale szycie dobre.
A potem jego wzrok padł na kogoś, kto przymierzał pelerynę obok.
– Ciemnozielona będzie bardziej pasować – ocenił, nie mogąc się powstrzymać przed tą oznaką, przypatrując się krytycznie Erikowi Longbottomowi. Krytycznie i z powodu wybranego koloru, i dlatego, że Christopher długo chował urazy. I żywił taką, bo na Erika kiedyś wiele osób zagłosowało jako jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w Anglii, a samego Rosiera nawet nie umieszczono na tej liście. Do tej pory uważał tę sytuację za skandaliczną, i nawet pożary w Anglii nie sprawiły, że jego irytacja wygasła.
Zawahał się, ale uznał, że może i on powinien kupić pelerynę: choćby po to, by ją zbadać. Z ciekawości, co knuje konkurencja.
Wędrował z Domu Mody ku swojemu mieszkaniu, zabrać kilka rzeczy przed kolacją i sprawdzić, czy ślady sadzy wciąż wędrowały po całym lokalu, jakby ktoś niewidzialny roznosił je po pomieszczeniach. W ostatnich dniach raczej teleportował się niż poruszał po Londynie piechotą, i z powodu popiołów, które drażniły płuca jeszcze tydzień po Spalonej Nocy, i ze względu na… niepokoje społeczne. Ale był trochę ciekaw, jak będzie wyglądało tegoroczne Mabon, a i wypadało zacząć walczyć o powrót do pełnej sprawności po zatruciu dymem.
Christopher Rosier rzadko bywał pod wrażeniem, ale tym razem…
Tym razem bardzo nie był pod wrażeniem.
Przesuwał spojrzeniem po wystawianych towarach, mijając kolejne stoiska, ale nic nie przyciągnęło jego wzroku przez długi czas. Dopiero stoisko z odzieżą sprawiło, że się zatrzymał: nie dlatego, że wierzył, że znajdzie tu coś ciekawszego niż u Rosierów, a ot bo były to rzeczy zawsze zwracające uwagę Christophera. Leżące tam peleryny, o dziwo jednak, nie były byle jakie – może i nie tak wspaniałe jak jego projekty, ale był niemal pewny, że w materiał wszyto jakieś zaklęcia. Wziął nawet w ręce jedną z peleryn: materiał by szorstki, nieprzyjemny, ale szycie dobre.
A potem jego wzrok padł na kogoś, kto przymierzał pelerynę obok.
– Ciemnozielona będzie bardziej pasować – ocenił, nie mogąc się powstrzymać przed tą oznaką, przypatrując się krytycznie Erikowi Longbottomowi. Krytycznie i z powodu wybranego koloru, i dlatego, że Christopher długo chował urazy. I żywił taką, bo na Erika kiedyś wiele osób zagłosowało jako jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w Anglii, a samego Rosiera nawet nie umieszczono na tej liście. Do tej pory uważał tę sytuację za skandaliczną, i nawet pożary w Anglii nie sprawiły, że jego irytacja wygasła.
Zawahał się, ale uznał, że może i on powinien kupić pelerynę: choćby po to, by ją zbadać. Z ciekawości, co knuje konkurencja.