Placki nie spaliły się. Jedzenie przypominało jedzenie. Nie miało może dekoracji ani polotu, ale zostało wykonane poprawnie. Deirdre była za to wdzięczna Matce, bo obawiała się, co powiedziałaby matka lub jak miałaby wytłumaczyć Sabrinie, że nie, nie ma jej ulubionych placków, bo nie mają służby. Spoglądając na przygotowane potrawy, wyłożone na odświętne półmiski, dreszcz przeszedł jej przez kark. Pod tym względem i ona i Ivanka były zgodne. Nikt nie mógł wiedzieć.
Ruchem różdżki uniosła talerze w powietrze i pozwoliła pofrunąć im do jadalni. Sama złożyła fartuch w kostkę, położyła na kredensie i sprawdziła w odbiciu witryny, czy nie ma żadnych śladów mąki. Stuknęła palcami trzy razy o futrynę i wyszła z pomieszczenia.
Jadalnia należała do najbardziej eleganckich pomieszczeń w domu rodziców Deirdre. Kryształowy żyrandol zwisał w samym centrum, przyciągając wzrok migotliwym światłem, a ciężkie, dębowe meble nadawały powagi. Dwa wielkie okna zostały przystrojone złotymi zasłonami i jesiennymi wieńcami, a na ogromnym, rozpalonym kominku, w którym dało się upiec całego prosiaka, leżała mabonowa girlanda. Długi stół został zakryty śnieżnobiałym obrusem sięgającym podłogi, zastawa z porcelany została idealnej ułożona razem ze srebrami. Kandelabry rzucały miękkie światło na wiszące obrazy olejne i jedwabną, zieloną tapete. Ivanka musiała wrzucić jakieś zioła do ognia, bo przyjemny zapach rozchodził się po całym pomieszczeniu, maskując mieszające się aromaty jedzenia.
— Ależ jestem głodna! — oznajmiła Sabrina, wchodząc do jadalni zaraz za ojcem Deirdre, który zasiadł u szczytu stołu. Odmówili wspólnie modlitwę do Matki o pomyślność i opiekę i zajęli się jedzeniem. Nie minęła dłuższa chwilą, gdy ciszę przerwały rozmowy. Deirdre milczała, zmęczona dyżurem, jednym uchem rejestrując pytania matki do kuzynki o plany zawodowe oraz matrymonialne.
— Widziałam anons tego młodego sędziego z Crouchów w Czarownicy. Jak mu tam..?*
— Richard? — podrzucił Isidor, krojąc swoją kaczkę. Jego żona podkręciła głową.
— Nie, Richard to brat zmarłego Roberta Mulcibera.
— Robert Crouch! Tak, Robert.
— A on nie był żonaty? — zapytała Deirdre. Jej talerz był niemal pusty, poza plackami z dyni oraz surówką. Nie jadała mięsa i usiadła blisko kominka, aby czuć zapach palonego drewna i girlandy, a nie trupów na stole.
— Chyba jakiś czas temu zmarła mu żona, napisane jest, że sam wychowuje córkę. Same plusy, nie musiałabyś rodzić mu dzieci.
— On chyba jest pro-mugolski — powiedziała cicho uzdrowicielka, tonem w jakim mówi się brzydkie rzeczy przy dzieciach, tak aby nie zrozumiały. — Nie przeszkadza mi wdowiec ani dziecko, ale jego poglądy już tak.
— Mogłabyś sprowadzić to na ścieżkę jasności na nowo i uratować duszyczkę jego córki — zasugerowała Ivanka zachęcającym tonem. Osobiście uważała, że mąż to głowa, którą rusza żona.
Deirdre zrobiła dziwną minę. Robert Crouch był przyjemny dla oka, z tego co pamiętała, był też czystej krwi, ale oprócz jego poglądów obawiała się też tak publicznej pozycji, jak żona sędziego. Ciągłe zaglądanie do ich życia, pytanie o opinię na różne tematy czy przygotowywanie spotkań dla dygnitarzy Ministerstwa Magii? Aż się wzdrygnęła.
— Absolutnie nie. Znajdźcie mi kogoś innego.
— To może jednak ten teścik, co? — zasugerowała Sabrina, poruszając góra-dół brwiami w sugestywny sposób. Z połów spódnicy wyciągnęła złożony egzemplarz piśmidła, które czytała wcześniej na kanapie, jakby tylko czekała, aby złowić kuzynkę na haczyk. Prawdopodobnie tak było.
Rozłożyła wydanie Czarownicy i je rozprostowała nasadą dłoni. Odchrzaknęła.
— Wybierz kartę! Dziesiątka Mieczy, Rycerz Mieczy, Dziesiątka Denarów, Piątka Mieczy, Rycerz Buław, Siódemka Denarów, Dziewiątka Buław.
— Yyy... A...hmm... Co to znaczy?
— Nie wiem, wybieraj.
— Miecze są chyba od inteligencji, a denary od pieniędzy? — wtrąciła się najstarsza z kobiet, a reszta wzruszyła ramionami. Nie mieli pojęcia, co oznaczały ten karty.
— Niech będzie... Dziesiątka Denarów. Pieniądza są przydatne.
Sabrina zakreśliła żwawo odpowiedź i podała kolejne pytania. Wybierz odpowiedź najbliższą Twoim poglądom na moralność. Źródłem moralności winno być poprawnie skonstruowane prawo. Bez właściwego prawa nie zaprowadzimy porządku. Które najlepiej Cię opisuje? Kujonka. Czego szukasz w swoim przyszłym mężu? Statusu społecznego. Jaką ścieżką kariery powinien podążać idealny mąż? Rodzinny biznes.
— Ale z ciebie nudziara — westchnęła kuzynka, zaczynając liczyć punkty, aby sprawdzić wynik w arkuszu. Ivanka nastawiła uszu, jakby miał zapaść wyrok sądu, Deirdre patrzyła pusto w swój talerz, myśląc o swojej przyszłości jako żony. Tylko Isidor zdawał się nie być zainteresowany rozmową na temat mariażu córki, a nakładaniem sobie kolejnej porcji pieczonego.
— Fiu, fiu. Może nie taka z ciebie nudziara. Rowle. Co, zamierzasz ujeżdżać smoka?
Deirdre, która właśnie piła wino, niemal się zakrztusiła na tę oczywistą implikację, powiedzianą nie tylko przy świątecznym stole, ale bardzo głośno przy rodzicach Deirdre. Czuła, jak czerwień wspina jej się po szyi i po policzkach.
— Na Merlina! Mam rację! — Sabrina miała szok wymalowany na twarzy. — Podobają ci się te ich dziwaczne cosie na skórze! Wow.
— Miałam okazję leczyć jednego z Rowle'ów... Wydało mi się to... Wydało mi się to całkiem atrakcyjne — z głową spuszczoną w dół, mówiła coraz ciężej, aż z impetem wstała, niemal przewracając krzesło. — Dziękuję za posiłek, wracam do Desmonda wsypać się. Mam jutro dyżur od rana. Wesołego Mabon.
Drzwi zamknęły się za nią nieco głośniej, niż wypadało.
*Ogłoszenie ze słupów