20.01.2026, 14:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2026, 15:00 przez Brenna Longbottom.)
– Nie lubię tracić czasu – stwierdziła Brenna beztrosko i zgodnie z prawdą zresztą. Gdy chciała coś robić, działała tak szybko, jak tylko się dało, a sprawdzenie czy w Little Hangleton są jakieś nieruchomości na sprzedaż, nie było zadaniem trudnym do zrealizowania. – W Little Hangleton ludzie cenią sobie prywatność, domy stoją obok siebie głównie w centrum, ale tak sobie myślę, że tam i tak by wam nie pasowało… więc ogródek nie wydaje mi się zadaniem trudnym do zrealizowania, może ot trzeba będzie dokupić od kogoś innego kawałek ziemi. No i znając Little Hangleton… zadbać o to, a może też przekopując grządki znajdziecie jakiegoś starego trupa. – Ale nie wydawało się jej, aby akurat pieniądze były problemem dla Alexandra, a trup prawdopodobnie niezbyt by go poruszył. Chociaż trochę tu żartowała.
Trochę.
Bo to nie zdarzało się może w każdym domu, ale była pewna, że jeśli gdzieś się przydarzy, to właśnie w Little Hangleton.
– Użyłabym chyba innego określenia – powiedziała, kąciki ust uniosły się jej lekko, w jakimś takim trochę dziwnym jak na nią uśmiechu. Słowo, które krążyło jej po głowie, brzmiało bowiem gnidy, ale nie wypowiedziała go, i to nie tylko dlatego, że było to niepoprawne politycznie czy ryzykowne. Po prostu… mimo wszystko… choć widziała to całe zepsucie… nie była na etapie, na którym czułaby się dobrze nazywając ludzi gnidami. Nie całą grupę. Gościa, który bił swojego małego synka, kobietę, która wypchnęła z okna przyjaciółkę, czarnoksiężnika, zabijającego ludzi, tak, ale nawet wśród polityków chciała doszukiwać się porządnych ludzi.
Nawet jeżeli porządni ludzie idący do polityki kończyli tak jak Leach. Zniszczeni w ten lubi inny sposób.
– Nie. Rzeczywiście już się nie zmieni – dodała zaraz cicho, nietypowo dla siebie lakonicznie. Tego nie mogła zmienić. Nikt nie mógł tego zmienić. Musiała trzymać się nadziei, że mogą zmienić inne rzeczy.
Przekrzywiła lekko głowę, przypatrując się Alexandrowi – chyba przeczuwała, że byłby zdolny do czegoś takiego, i o dziwo, gdyby faktycznie otruł Aristova, to chociaż cierpiałaby na wewnętrzne rozdarcie, i wolała nic nie wiedzieć, pewnie to potrafiłaby… zrozumieć. Może nie zaakceptować, nie na tym etapie, ale zrozumieć: bo jego ojciec nie był niewinnym człowiekiem. Ale też nie sądziła, by planował to teraz, bo nie dzieliłby się tym planem tak otwarcie, i pewnie niekoniecznie z kimś, kto jednak pracował w policji i choć czasem tańczył na granicy prawa, raczej nie lubił poza tę granicę wyskakiwać.
– To pewnie nie byłoby takie proste, co? – spytała lekko, zsuwając się z krzesła. – Wypiłeś tę ognistą whiskey? Bo jak tak, to mogę ci pokazać parę ciekawych miejscówek w Londynie, które powinieneś znać.
Trochę.
Bo to nie zdarzało się może w każdym domu, ale była pewna, że jeśli gdzieś się przydarzy, to właśnie w Little Hangleton.
– Użyłabym chyba innego określenia – powiedziała, kąciki ust uniosły się jej lekko, w jakimś takim trochę dziwnym jak na nią uśmiechu. Słowo, które krążyło jej po głowie, brzmiało bowiem gnidy, ale nie wypowiedziała go, i to nie tylko dlatego, że było to niepoprawne politycznie czy ryzykowne. Po prostu… mimo wszystko… choć widziała to całe zepsucie… nie była na etapie, na którym czułaby się dobrze nazywając ludzi gnidami. Nie całą grupę. Gościa, który bił swojego małego synka, kobietę, która wypchnęła z okna przyjaciółkę, czarnoksiężnika, zabijającego ludzi, tak, ale nawet wśród polityków chciała doszukiwać się porządnych ludzi.
Nawet jeżeli porządni ludzie idący do polityki kończyli tak jak Leach. Zniszczeni w ten lubi inny sposób.
– Nie. Rzeczywiście już się nie zmieni – dodała zaraz cicho, nietypowo dla siebie lakonicznie. Tego nie mogła zmienić. Nikt nie mógł tego zmienić. Musiała trzymać się nadziei, że mogą zmienić inne rzeczy.
Przekrzywiła lekko głowę, przypatrując się Alexandrowi – chyba przeczuwała, że byłby zdolny do czegoś takiego, i o dziwo, gdyby faktycznie otruł Aristova, to chociaż cierpiałaby na wewnętrzne rozdarcie, i wolała nic nie wiedzieć, pewnie to potrafiłaby… zrozumieć. Może nie zaakceptować, nie na tym etapie, ale zrozumieć: bo jego ojciec nie był niewinnym człowiekiem. Ale też nie sądziła, by planował to teraz, bo nie dzieliłby się tym planem tak otwarcie, i pewnie niekoniecznie z kimś, kto jednak pracował w policji i choć czasem tańczył na granicy prawa, raczej nie lubił poza tę granicę wyskakiwać.
– To pewnie nie byłoby takie proste, co? – spytała lekko, zsuwając się z krzesła. – Wypiłeś tę ognistą whiskey? Bo jak tak, to mogę ci pokazać parę ciekawych miejscówek w Londynie, które powinieneś znać.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.