Scarlett? Zdziwił się, bo nie miał zielonego pojęcia kim była ta cała Scarlett. Pewnie jakaś krewna czy inna znajoma lub przyjaciółka. Grunt jednak, że miała by mieć kogoś bliskiego, a tym bardziej po takiej stracie. W końcu ona też została sierotą, więc byli w tym ze Stanleyem we dwójkę.
Ciekawa tradycja. Tak też było. Była taka... nowa? W rozumieniu, że nie spotykana. U Borginów to dziedzic - męski - zostawał właścicielem wszystkich majątków rodzinnych, które posiadał nestor rodu na łożu śmierci. Następcą głowy zostawał ten, który był w najbliższej linii do zmarłej głowy i posiadał ich nazwisko. W ostateczności zapewne zgodziliby się na jakąś kobietę, chociaż nie było takiej sposobności do tej pory... może i lepiej, bo eliminowało to wiele problemów.
- Możesz podać, ale ja jestem definicją problemów - stwierdził - Lepiej będzie jeżeli nie będę się narzucał Sophie w tej chwili. Sama musi to sobie przetrawić - wytłumaczyć swój punkt widzenia. Nie chciał przysparzać problemów młodej sierocie, która miała całe życie przed sobą. Dopiero skończyła szkołę i wszystko miało być dobrze, a spotkała ją taka tragedia.
Borgin rozumiał wuja, chociaż nie mógł zmusić dzieci do niczego. Byli dorośli - wedle prawa - nawet jeżeli mogli zachowywać się jak młode dzieci, które należało pilnować. W końcu musieli się nauczyć życia i Richard nie mógł ich chronić po kres swoich sił.
Podejście Stanleya do wojny zmieniało się wraz z biegiem tygodni, miesięcy, a nawet lat. Z początku uważał to za konieczność i słuszną sprawę, bo walczyli o czystokrwisty świat, który był piękną ideą. Z biegiem czasu okazało się jednak, że ich metody zakrawały o szeroki terroryzm i nie ze wszystkim się zgadzał. Były pewne kwestie, które stanowiły granicę nie do przekroczenia dla Borgina, a jednak inni oddawali się im z fanatyzmem. Człowiek - nie ważne jak złe czyny podejmował - musiał mieć jakiś kodeks honorowy, którego większość Śmierciożerców nie posiadała.
- Mogę sobie tylko wyobrażać co czuł. Nie mogło to być nic przyjemnego - zgodził się z wujem, ciężko wzdychając. Klątwa Roberta to była całkowicie osobna kwestia, która była równie ciężka do zgryzienia jak inne problemy jakie ich teraz dotykały. Życie nie było proste, a stało się wręcz makabrycznie uciążliwe.
Słysząc słowa o dołączeniu, Borgin wbił wzrok w Richarda. Przez kilka sekund przyglądał mu się uważnie, a następnie rozejrzał się po okolicy. Trochę jakby chciał się upewnić, że byli tutaj tylko we dwójkę.
- Bardzo dobrze zrobiłeś - pochwalił niejako Mulcibera za poprawne podejście do tematu - Masz rodzinę, dzieci. Masz dla kogo żyć - dodał. Nie wszyscy musieli walczyć na pierwszej linii aby się przyłożyć do wygranej w tej wojnie. Richard zrobił swoje - miał dzieci, które wychował na porządnych czarodziejów, chociaż mogli sobie z tego jeszcze nie zdawać sprawy.
Dużo bardziej zmartwił się na słowa dotyczące Charlesa, a raczej jego łatwowierności. To było niepokojące i groziło zagładą tego ów młodego człowieka. Nie mogli go jednak niańczyć cały czas. Musiał się przewrócić raz, drugi, trzeci - wtedy by się może nauczył. Mogli jednak go chronić przed dołączeniem do miejsca, które nie było mu pisane i do którego nie pasował. Po prostu nie pasował - nie było w tym jakiejś nienawiści czy wrogości. To była czysta troska, która była poparta znajomość realiów jakie tam panowały.
- Dowiesz się. Jeżeli tylko rozpoznam Charlesa lub Sophie, dowiesz się jako pierwszy. Nie będę ich krył, bo to nie jest ich miejsce. Naprawdę - przystał na propozycję - Nie chcesz aby tu byli. Aby robili to co... my... - zasłonił usta dłonią, opierając się łokciem o blat, a wzrok podążył w kierunku obrazu. Stanleyowi chodziło o niego i Roberta, którzy dzierżyli tatuaż przynależności na swoim ramieniu.
- Ponownie, z całym szacunkiem do nich i do Ciebie - mówił spod swojej dłoni - Ale żadni z nich żołnierze czy bojownicy o wolność. Ich wartość bojowa jest niska, a ryzyko wysokie. Dużo lepiej spisaliby się jako niezaangażowani w konflikt zwolennicy, chociaż może powinni pozostać neutralni? - niejako podsunął propozycję - To by im chyba wyszło najlepiej - przetarł twarz, kryjąc ją w pełni na kilka sekund. To nie były proste tematy do rozmowy. W zasadzie to należały do jednych z najtrudniejszych, które mogli w tej chwili podjąć.
- Nie każdy się nadaje na wojnę, a wojna nie ma w sobie nic z kobiety... - stwierdził, wzruszając ramionami. To była forma podsumowania - zarówno Charlesa i Sophie, którzy po prostu nie pasowali do świata wojny i powinni byli trzymać się z daleka od tego wszystkiego. Richard powinien był ich chronić i słuszne, że to robił - bojąc się o ich ewentualnie wstąpienie w szeregi Lorda Voldemorta.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972