07.03.2023, 02:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2023, 02:37 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi. Częściowo była to wina choroby, którą nosił. Częściowo wychowania, którym przesiąkł jak gąbka. Nie płacz. Płacz nie przystoi mężczyźnie. Nie wściekaj się. Złość to oznaka słabości.
Ale teraz był wściekły. Nie rozumiał, dlaczego akurat ich dwójka padła ofiarą tego samego, błądzącego po snach czarodzieja. Nie potrafił znaleźć między nimi właściwego powiązania. Nie znał tego wariata. Obydwaj nie znali tego wariata. A wszystko wskazywało na to, że on musiał znać ich. Tylko skąd? I dlaczego? Co zrobili mu takiego, że zdecydował się na podjęcie próby zabójstwa akurat na nich?
Tym razem chyba był nawet wdzięczny, że sen się rozpadał.
*
Przez chwilę wydawało mu się, że jego gniew przygasł. Może dlatego, że znowu zmieniła się sceneria. Zniknęła mroczna Komnata Tajemnic, pojawił się Hogwart. Znowu inny niż go Ulysses pamiętał, ale szkoła – choć jej nie lubił – była jednak mniej mroczna. Była bezpieczniejsza.
Szedł korytarzem. Rozglądał się niepewnie, nie za bardzo wiedząc, gdzie powinien się kierować i czego szukać. Wydawało mu się, że logika snu funkcjonowała w ten sposób, że zawsze doprowadzała go we właściwe miejsce. Możliwe, że mógł się spóźnić, ale cudzy sen ciągle prowadził go bezpośrednio do śniącego.
I wtedy usłyszał wrzask Shafiqa. Dochodził gdzieś z niższego piętra. Przystanął, starając się go zlokalizować a potem ruszył szybciej w jego stronę.
Złość wcale nie zniknęła. Teraz stała się inna. Bliżej jej było do tej, która pojawiała się u niego całkiem często w prawdziwym życiu. Była pragmatyczna, niemal niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Zbliżał się do napastnika niepostrzeżenie, tym razem wykorzystując przewagę, której nauczył go ojciec. Skrywał się w cieniu, przypominał wilka, który zwęszył trop.
Oczy Ulyssesa rozszerzyły się szerzej, gdy go dostrzegł. Stał na szczycie schodów, idealnie odwrócony plecami i chyba szykował się właśnie do ataku. Młody Rookwood zacisnął ręce w pięści, sięgając po różdżkę. I znowu najchętniej fizycznie dopadłby do ciemnowłosego mężczyzny. Złapałby go z całej siły i uderzałby jego głową o ścianę tak długo aż nos zamieniłby mu się w krwawą miazgę. Ale tym razem nie rzucił się do ataku jak wściekłe zwierzę. Złość, którą teraz czuł nie pozwoliłaby mu na to. Wyciągnął różdżkę i patrząc wprost na niego, wyszeptał:
- Avada Kedavra!
Zielony płomień, tak podobny do tego, którym cisnął tamten, wystrzelił z jego różdżki. Tylko że młody Rookwood nie wiedział czy go sięgnął, czy też spudłował, bo w tym miejscu sen się urwał. Nie miał pojęcia nawet, czy zaklęcie śmierci wystrzelone przez tego wariata nie dosięgło czasem Cathala.
Usiadł gwałtownie na łóżku. Nawet nie przecierał zaspanych oczu ręką, tylko zerwał się by wstać. Niepokój rozlewał się po jego żołądku. Najchętniej już teraz wypadłby z rezydencji Rookwoodów i aportował, tak jak stał – w piżamie i bez kapci – przed drzwiami Shafiqa; ale racjonalna część jego umysłu wzięła górę.
Jeśli Cathal nie żył, aportowanie się w takim stanie nie miało znaczenia. Zamiast więc lecieć na złamanie karku, napisał do niego krótką wiadomość i posłał ją przez sowę. Zaraz po tym zaczął się pośpiesznie ubierać.
Ale teraz był wściekły. Nie rozumiał, dlaczego akurat ich dwójka padła ofiarą tego samego, błądzącego po snach czarodzieja. Nie potrafił znaleźć między nimi właściwego powiązania. Nie znał tego wariata. Obydwaj nie znali tego wariata. A wszystko wskazywało na to, że on musiał znać ich. Tylko skąd? I dlaczego? Co zrobili mu takiego, że zdecydował się na podjęcie próby zabójstwa akurat na nich?
Tym razem chyba był nawet wdzięczny, że sen się rozpadał.
*
Przez chwilę wydawało mu się, że jego gniew przygasł. Może dlatego, że znowu zmieniła się sceneria. Zniknęła mroczna Komnata Tajemnic, pojawił się Hogwart. Znowu inny niż go Ulysses pamiętał, ale szkoła – choć jej nie lubił – była jednak mniej mroczna. Była bezpieczniejsza.
Szedł korytarzem. Rozglądał się niepewnie, nie za bardzo wiedząc, gdzie powinien się kierować i czego szukać. Wydawało mu się, że logika snu funkcjonowała w ten sposób, że zawsze doprowadzała go we właściwe miejsce. Możliwe, że mógł się spóźnić, ale cudzy sen ciągle prowadził go bezpośrednio do śniącego.
I wtedy usłyszał wrzask Shafiqa. Dochodził gdzieś z niższego piętra. Przystanął, starając się go zlokalizować a potem ruszył szybciej w jego stronę.
Złość wcale nie zniknęła. Teraz stała się inna. Bliżej jej było do tej, która pojawiała się u niego całkiem często w prawdziwym życiu. Była pragmatyczna, niemal niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Zbliżał się do napastnika niepostrzeżenie, tym razem wykorzystując przewagę, której nauczył go ojciec. Skrywał się w cieniu, przypominał wilka, który zwęszył trop.
Oczy Ulyssesa rozszerzyły się szerzej, gdy go dostrzegł. Stał na szczycie schodów, idealnie odwrócony plecami i chyba szykował się właśnie do ataku. Młody Rookwood zacisnął ręce w pięści, sięgając po różdżkę. I znowu najchętniej fizycznie dopadłby do ciemnowłosego mężczyzny. Złapałby go z całej siły i uderzałby jego głową o ścianę tak długo aż nos zamieniłby mu się w krwawą miazgę. Ale tym razem nie rzucił się do ataku jak wściekłe zwierzę. Złość, którą teraz czuł nie pozwoliłaby mu na to. Wyciągnął różdżkę i patrząc wprost na niego, wyszeptał:
- Avada Kedavra!
Zielony płomień, tak podobny do tego, którym cisnął tamten, wystrzelił z jego różdżki. Tylko że młody Rookwood nie wiedział czy go sięgnął, czy też spudłował, bo w tym miejscu sen się urwał. Nie miał pojęcia nawet, czy zaklęcie śmierci wystrzelone przez tego wariata nie dosięgło czasem Cathala.
Usiadł gwałtownie na łóżku. Nawet nie przecierał zaspanych oczu ręką, tylko zerwał się by wstać. Niepokój rozlewał się po jego żołądku. Najchętniej już teraz wypadłby z rezydencji Rookwoodów i aportował, tak jak stał – w piżamie i bez kapci – przed drzwiami Shafiqa; ale racjonalna część jego umysłu wzięła górę.
Jeśli Cathal nie żył, aportowanie się w takim stanie nie miało znaczenia. Zamiast więc lecieć na złamanie karku, napisał do niego krótką wiadomość i posłał ją przez sowę. Zaraz po tym zaczął się pośpiesznie ubierać.