21.01.2026, 04:16 ✶
- A co, Dolohov jest jakimś zegarowym świrem? - zapytał, przyglądając się drewnianej kupce, która jakimś cudem tykała i to w synchronizowany sposób, tak jakby wypadnięcie przez drzwi wcale nie zakłóciło działających w nich mechanizmów. Atreus nie zastanawiał się jednak nad tym zanadto, bo nigdy nie był przesadnym pasjonatom ani zegarów, ani śpieszenia się.
Brennie odpowiedziała cisza - jeśli Finnigan znajdował się pod tymi zegarami, to musiał chyba stracić przytomność, bo nie dobiegł ich nawet najcichszy jęk.
- Nie mam bladego pojęcia - mruknął Atreus, przyglądając się tarczy tego, który wysypał się najbliżej ich. Nie wyglądały na groźne. Ot, zegary. Każdy widział w swoim życiu przynajmniej jeden zegar, albo posiadał tego dziwnego dziadka, który się nimi fascynował. Bulstrode też pewnie sam by sięgnął w tę kupę drewna, no chociaż trącił w nią butem, ale Cassandra postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Dosłownie.
- Masz to jak w banku - mężczyzna pokazał jej kciuka w górę i nawet złapał za różdżkę, chociaż wewnętrznie było w nim niewiele zapału. Trochę spodziewał się, że zaraz przybiegnie tutaj jakiś rozwrzeszczany pracownik, pytający o to co oni zrobili z tymi zegarami. Chociaż może tym rozwrzeszczanym pracownikiem był Finnegan? To by dopiero było.
- Wiesz, tak sobie myślę... - nie skończył, bo kiedy Cavendish włożyła rękę między zegary, magia poszła w ruch. Przedmioty których dotknęła zatrząsły się, spęczniały i zduplikowały, rozsypując dalej i dalej, aż wreszcie wleciały pod stopy Brenny i Atreusa, ich także dotykając. Jednocześnie dało się usłyszeć charakterystyczny dźwięk zasysania, a potem kolejny i kolejny, aż wreszcie na korytarzu zostały znowu same zegary.
Byli w pokoju.
Chociaż w sumie Atreus nazwałby to raczej wystawnym salonem, chociaż niewielkich rozmiarów. Były drogie dywany, kanapy, stylowa tapeta na ścianach, a na jednej z niej nawet kominek, w którym się paliło. Były także zegary. Leniwe tykanie dobiegało ich z każdej strony, ale tym razem zegary były różne; naścienne, stojące, duże, małe, z wahadłami i nie. Każdy ustawiony na inną godzinę i tykający w zdesynchronizowany co do reszty sposób. W saloniku były też drzwi, zamknięte co prawda, ale dawały jakieś poczucie że było stąd wyjście, pomijając okno za którym panowała nieprzenikniona ciemność.
Pierwsze co usłyszały kobiety, oprócz oczywiście tych wszystkich zegarów, to klnący na cały głos Bulstrode. No bo gdzie oni kurwa właśnie trafili niby?
Brennie odpowiedziała cisza - jeśli Finnigan znajdował się pod tymi zegarami, to musiał chyba stracić przytomność, bo nie dobiegł ich nawet najcichszy jęk.
- Nie mam bladego pojęcia - mruknął Atreus, przyglądając się tarczy tego, który wysypał się najbliżej ich. Nie wyglądały na groźne. Ot, zegary. Każdy widział w swoim życiu przynajmniej jeden zegar, albo posiadał tego dziwnego dziadka, który się nimi fascynował. Bulstrode też pewnie sam by sięgnął w tę kupę drewna, no chociaż trącił w nią butem, ale Cassandra postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Dosłownie.
- Masz to jak w banku - mężczyzna pokazał jej kciuka w górę i nawet złapał za różdżkę, chociaż wewnętrznie było w nim niewiele zapału. Trochę spodziewał się, że zaraz przybiegnie tutaj jakiś rozwrzeszczany pracownik, pytający o to co oni zrobili z tymi zegarami. Chociaż może tym rozwrzeszczanym pracownikiem był Finnegan? To by dopiero było.
- Wiesz, tak sobie myślę... - nie skończył, bo kiedy Cavendish włożyła rękę między zegary, magia poszła w ruch. Przedmioty których dotknęła zatrząsły się, spęczniały i zduplikowały, rozsypując dalej i dalej, aż wreszcie wleciały pod stopy Brenny i Atreusa, ich także dotykając. Jednocześnie dało się usłyszeć charakterystyczny dźwięk zasysania, a potem kolejny i kolejny, aż wreszcie na korytarzu zostały znowu same zegary.
Byli w pokoju.
Chociaż w sumie Atreus nazwałby to raczej wystawnym salonem, chociaż niewielkich rozmiarów. Były drogie dywany, kanapy, stylowa tapeta na ścianach, a na jednej z niej nawet kominek, w którym się paliło. Były także zegary. Leniwe tykanie dobiegało ich z każdej strony, ale tym razem zegary były różne; naścienne, stojące, duże, małe, z wahadłami i nie. Każdy ustawiony na inną godzinę i tykający w zdesynchronizowany co do reszty sposób. W saloniku były też drzwi, zamknięte co prawda, ale dawały jakieś poczucie że było stąd wyjście, pomijając okno za którym panowała nieprzenikniona ciemność.
Pierwsze co usłyszały kobiety, oprócz oczywiście tych wszystkich zegarów, to klnący na cały głos Bulstrode. No bo gdzie oni kurwa właśnie trafili niby?