21.01.2026, 13:29 ✶
Materiał opadł i ujawnił obraz, pokryty częściowo sadzą, spod której wyzierały zarysy czarodziejskiej wioski, w świetle wschodzącego słońca i postać młodej czarownicy na pierwszym planie. Dzieła Benetta charakteryzowały się przede wszystkim żywymi barwami i dbałością o najdrobniejsze szczegóły: strata tych kolorów, uzyskanym dzięki niewątpliwie zaklętym farbom, stanowiła katastrofę przy dziele tego typu, a ich odtworzenie pozostawało niemalże niemożliwe, gdyby nie udało się usunąć warstwy sadzy.
– Bądź ostrożna i nie dotykaj jej proszę gołymi rękoma. Podejrzewam, że na budynek, w którym mieszkam, ten popiół rzucił klątwę. To może nie być zwykły popiół – ostrzegł Christopher. Powinna mieć pełne informacje, zanim zabierze się do pracy, nie tylko dlatego, że mogło to wpłynąć na rezultat, ale że nawet jeśli Rosier miał lekki uraz do rodziny Averych, to nie miał ochoty, aby jedna z córek rodu została przeklęta, bo zapomniał wspomnieć o drobnym szczególe.
– Jeżeli chodzi o mnie, rozważam zakup nieruchomości w pewnym oddaleniu od Londynu. Lubię miejskie życie, ale chyba zaczynam doceniać myśl o wiejskim spokoju – powiedział, może z odrobiną kpiny nawet w głosie, ale wymierzoną nie w nią, a raczej samego siebie. Christopher Rosier nie był kimś, po kim można by się spodziewać, że osiądzie gdzieś na angielskiej wsi. Kochał Londyn, blichtr, uwagę, tłumy ludzi, gwar głosów. Ale mieszkania na Pokątnej i Horyzontalnej spłonęły, zostały przeklęte, uszkodzone. Zakup czegokolwiek, co zapewniałoby dobre warunki, był teraz niemal niemożliwy. A i Rosier nie był pewny, czy chce tkwić w Londynie, który powoli zamieniał się na pole bitwy.
Być może dom gdzieś daleko – od Londynu, od Doliny Godryka, od Little Hangleton, ale i od wścibskich oczu mugoli – był najlepszym wyborem.
– Musiałem. Moje płuca nie zniosły tego dobrze, zdaniem uzdrowicielki gdybym się nie zgłosił, źle by się to skończyło. Nie tylko nawdychał się za dużo dymu, jak pewnie masa ludzi w Londynie, ale wpadł w czarnomagiczne ewidentnie zaklęcie: nie widział, gdzie idzie i omal się w nim nie udusił. Miał jednak niewątpliwie więcej szczęścia niż Astoria, którą zaatakował jakiś mugolak. – Przykro mi, że cię to spotkało. W Anglii nie brak różnych męt, które wykorzystują sytuację.
Dostrzegał zmiany, choćby wbrew sobie: szczupłość nadgarstków, bladość skóry, oczy, jakby trochę głębiej osadzone. Widział je, bo Christopher zwracał uwagę na wygląd – można było mówić, że ten nie ma znaczenia, ale ludzie odbierali świat przede wszystkim wzrokiem i szukali piękna. Widział je i dlatego, że oceniał nie tylko pod kątem brzydoty i piękna, a szukał niemalże odruchowo tego, co ludzi wyróżniało, i tego, co wygląd, ubranie, fryzura, mogły mówić o nich. O charakterach, o życiu, o wyborach. A mówiły wiele. Reakcję ograniczył jednak do tej krótkiej, grzecznościowej formułki, bo nie sądził, by Astoria chciała lub potrzebowała jego litości – i sam też nie chciał tej oferować. Niewielu ludzi zresztą sprawiało, że naprawdę się nimi przejmował.
– Możesz wracać do domu Fąfwel – rzucił do skrzata, nie sądząc, że zabierze stąd ten obraz dzisiaj, a sam skinieniem głowy podziękował za herbatę i sięgnął po filiżankę.
– Bądź ostrożna i nie dotykaj jej proszę gołymi rękoma. Podejrzewam, że na budynek, w którym mieszkam, ten popiół rzucił klątwę. To może nie być zwykły popiół – ostrzegł Christopher. Powinna mieć pełne informacje, zanim zabierze się do pracy, nie tylko dlatego, że mogło to wpłynąć na rezultat, ale że nawet jeśli Rosier miał lekki uraz do rodziny Averych, to nie miał ochoty, aby jedna z córek rodu została przeklęta, bo zapomniał wspomnieć o drobnym szczególe.
– Jeżeli chodzi o mnie, rozważam zakup nieruchomości w pewnym oddaleniu od Londynu. Lubię miejskie życie, ale chyba zaczynam doceniać myśl o wiejskim spokoju – powiedział, może z odrobiną kpiny nawet w głosie, ale wymierzoną nie w nią, a raczej samego siebie. Christopher Rosier nie był kimś, po kim można by się spodziewać, że osiądzie gdzieś na angielskiej wsi. Kochał Londyn, blichtr, uwagę, tłumy ludzi, gwar głosów. Ale mieszkania na Pokątnej i Horyzontalnej spłonęły, zostały przeklęte, uszkodzone. Zakup czegokolwiek, co zapewniałoby dobre warunki, był teraz niemal niemożliwy. A i Rosier nie był pewny, czy chce tkwić w Londynie, który powoli zamieniał się na pole bitwy.
Być może dom gdzieś daleko – od Londynu, od Doliny Godryka, od Little Hangleton, ale i od wścibskich oczu mugoli – był najlepszym wyborem.
– Musiałem. Moje płuca nie zniosły tego dobrze, zdaniem uzdrowicielki gdybym się nie zgłosił, źle by się to skończyło. Nie tylko nawdychał się za dużo dymu, jak pewnie masa ludzi w Londynie, ale wpadł w czarnomagiczne ewidentnie zaklęcie: nie widział, gdzie idzie i omal się w nim nie udusił. Miał jednak niewątpliwie więcej szczęścia niż Astoria, którą zaatakował jakiś mugolak. – Przykro mi, że cię to spotkało. W Anglii nie brak różnych męt, które wykorzystują sytuację.
Dostrzegał zmiany, choćby wbrew sobie: szczupłość nadgarstków, bladość skóry, oczy, jakby trochę głębiej osadzone. Widział je, bo Christopher zwracał uwagę na wygląd – można było mówić, że ten nie ma znaczenia, ale ludzie odbierali świat przede wszystkim wzrokiem i szukali piękna. Widział je i dlatego, że oceniał nie tylko pod kątem brzydoty i piękna, a szukał niemalże odruchowo tego, co ludzi wyróżniało, i tego, co wygląd, ubranie, fryzura, mogły mówić o nich. O charakterach, o życiu, o wyborach. A mówiły wiele. Reakcję ograniczył jednak do tej krótkiej, grzecznościowej formułki, bo nie sądził, by Astoria chciała lub potrzebowała jego litości – i sam też nie chciał tej oferować. Niewielu ludzi zresztą sprawiało, że naprawdę się nimi przejmował.
– Możesz wracać do domu Fąfwel – rzucił do skrzata, nie sądząc, że zabierze stąd ten obraz dzisiaj, a sam skinieniem głowy podziękował za herbatę i sięgnął po filiżankę.