Pod wpływem jej podarku, ołtarz lekko zadrżał. Coś, co kapłani komentowali, jako upodobanie do podarku. Spodziewała się raczej, że Bogini spędza czas w postaci łani, biegnąc ze swoimi stadami, prokreuje w każdym zwierzeciu, ustanawiając płodność natury i szumi w strumieniach rzecznych, zgarniając popioły z brzegów i znosząc je do morza, aby oczyścić wodę dla korzeni roślinności. Deirdre mocno wątpiła w to, że Bogini rzeczywiście siedziałam na ołtarzu i krytycznie oceniała dary swoich wiernych. Wydawało jej się to... Dziwnie okrutne. Wyjątkowa myśl dla kogoś, kto uważał ognie Spalonej Nocy za niejako błogosławieństwo, znak tego, że społeczeństwo się budzi i przypomina sobie, kto jest panem i władcą: ci, którzy władają magią od zarania dziejów, a nie przez przypadek. Naturalny porządek miał zostać przywrócony, czuła to w kościach.
Ukłoniła się z dłońmi złożonymi pokornie na sercu, jeszcze raz, myśląc nad tym, czy jej modlitwy będą wysłuchane?
Próbując wypatrzeć w tłumie matkę, wpadła na znajomą dwójkę. Niewiele niższa od Leviathana, Deirdre górowała nad Astorią prawie o głowę i to o nią się zahaczyla w swojej niezgrabności. Malfoyówna nigdy nie była najbardziej zręczną, pełną gracji dziewczyną, a z każdym centumentem w górę, stawało się to jeszcze bardziej widoczna. Teraz jej ruchy ciała były widocznie ograniczane przez świadomość siebie w przestrzeni, bez ozdobników gestykulacji oraz eleganckich form przystankowych, które wpajała jej bezskutecznie jej matka, ostatecznie uznając ze zmarszczonym nosem, że przynajmniej nie wygląda jak młoda Yaxleyówna.
— Pan Rowle, Astoria! Wesołego Mabon. Również składaliście wieńce?
Od razu czuła, że pąsowieje z zażenowania. Cóż innego mieli tu robić, oglądać lokalne krajobrazy? Oczywiście, że składali tradycyjne wieńce, czy to wiedzeni rzeczywistą duchową potrzebą czy pod pretekstem tradycji zadawali rodzinę i podsłuchiwali plotek. Inni mogliby się nie zgodzić, dla Deirdre było to wszystko jedno. Ona jedynie lubiła wymawiać ojcu, gdy ten o coś prosił siły najwyższe, że nigdy się nie kwapi przychodzić na Sabaty. Pytanie kogoś, czy przyszedł przynieść wieniec to tak samo, jakby zapytać uzdorwicielu w Mungu czy często tam przychodzi.
Uśmiechnęła się do dwójki blado. Wyglądała na bardzo zmęczoną osobę, co było dość oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że była magimedyczką podczas jednej z największych katastrof maginaturalnych tego stulecia. Po samym zapachu eliksirów dookoła niej, przylepiająchych się do włosów bardziej niż krew przywierająca pod paznokciami, czuć było, że pewnie dopiero wróciła z pracy.
Na szczęście Astoria znała nieco niezręczną postać koleżanki, a Leviathan kojarzył ją jedynie z suchego podejścia do pacjenta i profesjonalnej opieki medycznej razem z końskimi dawkami eliksirów uśmierzający ból.