22.01.2026, 08:48 ✶
– Ograniczona przestrzeń w magicznym świecie... – niemalże prychnął. – Mówimy o namiotach, które mogą być nie mniejsze od tej rezydencji, o przejściach prowadzących do odległych zamczysk wypełnionych alchemicznymi ustrojstwami, o możliwościach dających szansę zrobić co innego niż zaludniać przestrzeń, którą ponoć się gardzi. – Był całkiem swobodny w tej wymianie zdań, choć może to było niegrzeczne obrażać gospodarzy tak ostentacyjnie. Jak bardzo jednak lubił Williama, jak podobał mu się ten ogród, a spotkana w nim nie-wampirzyca Lestrange również mówiła miękko i przyjemnie dla ucha, tak nie sposób było tego nie zobaczyć. – To pycha i przekonanie, że zaklęcia odstraszające nigdy nie przestaną działać. Że nie pojawi się mag na tyle potężny i szalony, aby rozrywać runy trzymające oczy mugoli z dala od czarodziejskich włości. – Ta myśl nawet była zabawna. Chaos, który by zapanował, prównywalny dla Spalonej Nocy. Widowisko z płomieniami w tytule przegapił, ale na zdzieraniu masek już chciałby być. Na szczycie wieży. Z tą ich smażoną rybą i frytkami, kupionymi na minutę przed tym, gdy stało się jasne, że nic nie jest takie jakie się wydaje.
Zamlaskał powietrzem, zadzierając głowę by spojrzeć w niebo. Świetlne zanieczyszczenie miejskie uniemożliwiało dostrzeżenie gwiazd, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. Myśl mimowolnie uciekła mu do całkiem zabawnego wniosku, że historia zatoczyła koło.
– Kiedyś... taka sytuacja wzbudziłaby większy niepokój. Choć może wcale nie? Któryś z domowników zrobił reszcie psikus? Naczytali się Lewisa i uznali, że królowa kier malowała róże na czerwono a nie na czarno? Bunt żywiołów... widziałem kilka jego osiągnięć i był to raczej wzrost. Wynaturzenie. Inna kolej rzeczy niż... to. O wiele bardziej poukładany efekt, trzymany w ryzach. O wiele bardziej stonowany i... czy to właśnie nie powinno być dziwne, że wspomniany przez pana bunt, nie dotknął tego miejsca? A może zarządczyni jest nader skuteczna?
Zaraz zaraz, jak to się nazywało? Niska szkodliwość społeczna? Zapewne. Fiolki pachniały krwią i to z daleka - jak dedukował - śmierdziało czarną magią. Gabriel, który coraz lepiej orientował się w przestrzeni lat siedemdziesiątych, doszedł do wniosku, że być może rodzina nie chciała u siebie na trawniku stada aurorów, ryjących w ziemi jak dziki za truflami. Albo wiedziała doskonale co tu się dzieje i nie chciała, aby ktokolwiek inny wiedział.
– Och moi? Zabrać? Czy to nie byłoby... niezgodne z prawem?! – pierś dotknął rozczapierzoną dłonią, a mimika - choć w połowie twarz miał zakrytą - przepełniona była wręcz karykaturalną praworządnością. Swoją odsiadkę zaliczył już kiedyś i miał serdecznie dosyć powtórki z tej historii. Wolałby zginąć niż znów posłyszeć zasuwaną nad nim kamienną płytę, choć nie był pewien na ile to był czcza deklaracja, skoro ostatnie próby wprowadzenie w życie "wolałabym zginąć" nie poszły zbyt dobrze. Cóż, mógł z jednej strony dzięki temu prowadzić tę konwersację i podziwiać przeklęty ogród, którego nikt nie chciał oswobodzić z okowów złowróżbnej magii.
– Ale tak się akurat składa, że jestem prywatnym detektywem – "nie do końca, nie na prawdę, właściwie od wczoraj, nie mam pojęcia na temat tego zawodu więcej niż przeczytałem w książakch" - zupełnie niepotrzebne dopowiedzenia precyzujące faktyczny stan rzeczy, absolutnie nie padły z jego ust. – ...a jeśli tylko zdradziłby mi pan swoją tożsamość, to mógłbym w wolnej chwili dać znać, na ile to miejsce spotkał niewinny figiel jednego z Lestrangow, na ile samo śledztwo byłoby bardziej zajmujące niż zbrodnia utopionego dziecka. – Czy odzywała się w nim stara krew? Dochodzenia, tak to teraz się nazywało. Oczywiście nikomu nie zamierzał się zwierzać z tego kim był i co robił przed przemianą, żałoba po tamtym życiu dawno została przekuta w wyblakłe fakty pochowane na dnie archiwum umysłu. Teraz jednak przyglądał się ogrodowi, jakby spodziewając się, wręcz oczekując, że lada moment wychylą zza krzaka podstępni kultyści, aby wprowadzić do ziemi kolejne fiolki czarnomagicznego eliksiru. Albo... wyciągnąć je stamtąd w sposób, który nie uszkodzi flakonika.
Obiło mu się o uszy, ze lokalny kult nosi maski. Było w tym bardzo dużo ironii, zważywszy na to, że obecni tutaj goście, dobrowolnie założyli je na twarz.
– Oczywiście, w duchu wolności, wszak w całej naszej zabawie chodzi o anonimowość, czyż nie? – dodał nieco kokieteryjnie, z pewnością nie zapraszając mężczyzny na przechadzkę po przestrzeniach ogrodu ze względu na to, że zwyczajnie nie był w jego typie. Z resztą... obiecał Lucy się zachowywać a ona obiecała mu wspólne łowy następnego dnia. Idealny układ.
Wyciągnął z kieszeni kieszonkowy zegarek, na którego kopercie widniała piękna grawerowana róża, otoczona małymi listkami, ażurowym wzorem ukrywająca tarczę zegara. Gabriel od niechcenia rzucił okiem na czas, który - w ich przypadku - zawsze niósł ze sobą pewne drastyczne ograniczenia.
– Sądzi pan, że jeszcze jakieś rozrywki są zaplanowane, jakiś skandal, nieślubne dziecko ujawnione w okolicach północy, albo obnażenie kochanków w alkowie i skrzętne udawanie, że nikt nie podał im amortencji? – zagadnął, nie zmieniając tonu z lekkiej, niezobowiązującej konwersacji. Znać było jednak w tym pytaniu pewne znudzenie. Jego planem było tańczyć całą noc ze swoją partnerką. Teraz gdy mu na to nie pozwalała, łatwo tracił zainteresowanie czymkolwiek innym. Nawet sprawą ogrodu, który przecież tak bardzo przypominał mu jego własny ogród.
Zamlaskał powietrzem, zadzierając głowę by spojrzeć w niebo. Świetlne zanieczyszczenie miejskie uniemożliwiało dostrzeżenie gwiazd, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. Myśl mimowolnie uciekła mu do całkiem zabawnego wniosku, że historia zatoczyła koło.
– Kiedyś... taka sytuacja wzbudziłaby większy niepokój. Choć może wcale nie? Któryś z domowników zrobił reszcie psikus? Naczytali się Lewisa i uznali, że królowa kier malowała róże na czerwono a nie na czarno? Bunt żywiołów... widziałem kilka jego osiągnięć i był to raczej wzrost. Wynaturzenie. Inna kolej rzeczy niż... to. O wiele bardziej poukładany efekt, trzymany w ryzach. O wiele bardziej stonowany i... czy to właśnie nie powinno być dziwne, że wspomniany przez pana bunt, nie dotknął tego miejsca? A może zarządczyni jest nader skuteczna?
Zaraz zaraz, jak to się nazywało? Niska szkodliwość społeczna? Zapewne. Fiolki pachniały krwią i to z daleka - jak dedukował - śmierdziało czarną magią. Gabriel, który coraz lepiej orientował się w przestrzeni lat siedemdziesiątych, doszedł do wniosku, że być może rodzina nie chciała u siebie na trawniku stada aurorów, ryjących w ziemi jak dziki za truflami. Albo wiedziała doskonale co tu się dzieje i nie chciała, aby ktokolwiek inny wiedział.
– Och moi? Zabrać? Czy to nie byłoby... niezgodne z prawem?! – pierś dotknął rozczapierzoną dłonią, a mimika - choć w połowie twarz miał zakrytą - przepełniona była wręcz karykaturalną praworządnością. Swoją odsiadkę zaliczył już kiedyś i miał serdecznie dosyć powtórki z tej historii. Wolałby zginąć niż znów posłyszeć zasuwaną nad nim kamienną płytę, choć nie był pewien na ile to był czcza deklaracja, skoro ostatnie próby wprowadzenie w życie "wolałabym zginąć" nie poszły zbyt dobrze. Cóż, mógł z jednej strony dzięki temu prowadzić tę konwersację i podziwiać przeklęty ogród, którego nikt nie chciał oswobodzić z okowów złowróżbnej magii.
– Ale tak się akurat składa, że jestem prywatnym detektywem – "nie do końca, nie na prawdę, właściwie od wczoraj, nie mam pojęcia na temat tego zawodu więcej niż przeczytałem w książakch" - zupełnie niepotrzebne dopowiedzenia precyzujące faktyczny stan rzeczy, absolutnie nie padły z jego ust. – ...a jeśli tylko zdradziłby mi pan swoją tożsamość, to mógłbym w wolnej chwili dać znać, na ile to miejsce spotkał niewinny figiel jednego z Lestrangow, na ile samo śledztwo byłoby bardziej zajmujące niż zbrodnia utopionego dziecka. – Czy odzywała się w nim stara krew? Dochodzenia, tak to teraz się nazywało. Oczywiście nikomu nie zamierzał się zwierzać z tego kim był i co robił przed przemianą, żałoba po tamtym życiu dawno została przekuta w wyblakłe fakty pochowane na dnie archiwum umysłu. Teraz jednak przyglądał się ogrodowi, jakby spodziewając się, wręcz oczekując, że lada moment wychylą zza krzaka podstępni kultyści, aby wprowadzić do ziemi kolejne fiolki czarnomagicznego eliksiru. Albo... wyciągnąć je stamtąd w sposób, który nie uszkodzi flakonika.
Obiło mu się o uszy, ze lokalny kult nosi maski. Było w tym bardzo dużo ironii, zważywszy na to, że obecni tutaj goście, dobrowolnie założyli je na twarz.
– Oczywiście, w duchu wolności, wszak w całej naszej zabawie chodzi o anonimowość, czyż nie? – dodał nieco kokieteryjnie, z pewnością nie zapraszając mężczyzny na przechadzkę po przestrzeniach ogrodu ze względu na to, że zwyczajnie nie był w jego typie. Z resztą... obiecał Lucy się zachowywać a ona obiecała mu wspólne łowy następnego dnia. Idealny układ.
Wyciągnął z kieszeni kieszonkowy zegarek, na którego kopercie widniała piękna grawerowana róża, otoczona małymi listkami, ażurowym wzorem ukrywająca tarczę zegara. Gabriel od niechcenia rzucił okiem na czas, który - w ich przypadku - zawsze niósł ze sobą pewne drastyczne ograniczenia.
– Sądzi pan, że jeszcze jakieś rozrywki są zaplanowane, jakiś skandal, nieślubne dziecko ujawnione w okolicach północy, albo obnażenie kochanków w alkowie i skrzętne udawanie, że nikt nie podał im amortencji? – zagadnął, nie zmieniając tonu z lekkiej, niezobowiązującej konwersacji. Znać było jednak w tym pytaniu pewne znudzenie. Jego planem było tańczyć całą noc ze swoją partnerką. Teraz gdy mu na to nie pozwalała, łatwo tracił zainteresowanie czymkolwiek innym. Nawet sprawą ogrodu, który przecież tak bardzo przypominał mu jego własny ogród.