22.01.2026, 20:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2026, 20:38 przez Bard Beedle.)
Czy Selina Mulciber potrzebowała, aby ktokolwiek się nią zajmował? Być może. Przyzwyczajona była do tego, że wszyscy byli na jej skinienie. Wychowała się przecież pośród zbytków, jak na cygańską królewnę przystało. Jej służące nosiły złote bransolety na rękach i na nogach, ale poza tym, że pomagały jej się myć, czesać i drapować suknie, były jej bardziej towarzyszkami niż służącymi. Przewodziła im z godnością właściwą wieszczkom z rodu jej matki, z apodyktycznym zacięciem odziedziczonym po rodzinie ojca, który był królem i synem królów. Niektóre z tych kobiet również widziały więcej. Pomagały jej doświadczyć życia swymi oczami... Życia, które nigdy nie miało być udziałem Seliny Ayers. Była wtedy tak młoda, i tak straszliwie arogancka, że nie umiała tego docenić. Po tym jak wyszła za mąż tęskniła za czasami, kiedy otaczały ją miraże kobiecych charakterów, kolorowych jak noszone przez nie spódnice. Starsze i młodsze, mądre i głupie, głośne i ciche... Otaczały ją niby Królową Ptaków ze starej legendy, tą samą, która oddała rękę dla orła, żeby móc władać niebem u jego boku. Duncan sprawił jej takiego w prezencie ślubnym, żeby mogła polować razem z nim. Majestatyczny ptak przeżył niemal pięćdziesiąt lat, po to tylko, żeby zdechnąć niemal w tym samym czasie, co jej mąż. Jakże rozpaczała. Obiecuję, że kiedyś będziemy latać po niebie razem, śmiała się przez łzy, przekrzykując wiatr, nie wiedząc, czy krzyczy do umarłego orła, czy do umarłego męża. Co za różnica, kiedy oboje byli umarli. Umarli byli przecież wszyscy ci, których kochała.
Teraz Selina miała już tylko ptaki.
Te, które przylatywały do jej altany, pod okna jej sypialni. Te, które śpiewały. Te, które nie miały zaśpiewać już nigdy, nie po tym, jak obdarła z mięsa drobne, ptasie kosteczki, spoczywające teraz na jej talerzu. Kostki były białe, ale pióra pokrywające żywe ptactwo mieniły się kolorami. Selina patrzyła jak nieopierzone pisklątka wypadają z gniazd. Żałosna śmierć, ale czemu miałaby czuć żal, którego nie czuły ptasie matki? Nie pomagała nigdy porzuconym pisklęciom, ale była obok, i patrzyła, jak umierają. Wciąż było to więcej niż gotów był dać im świat. Świat nie miał litości dla słabych. Patrzyła więc jak te silne pokrywają się piórami, i odlatują, zawsze odlatują... Zazdrościła im wtedy, bo chciała odlecieć z nimi, chociaż ostatecznie zostawała, zawsze zostawała. Jakże przyjemnie było jednak patrzeć jak rozwijają skrzydła. Nie wiedzieć kiedy poderwała się do lotu kaweczka o srebrzystych oczach, za nią zaś uleciał wilgowron. Biała raniuszka zaczęła wygrywać smutną melodię na skrzypkach. Nawet stara harpia zdawała się wzruszoną, chociaż szeroko rozpięte skrzydła rzucały na jej twarz cień, czyniąc ją niemal nieprzeniknioną. Jakże zdawała się doskonała, jakże niewzruszona, jakże precyzyjnym musiało być pismo, wychodzące spod pióra wyrwanego z jej ogona... A jednak liniała, pomyślała Selina, przesuwając spojrzeniem po Philomenie. Siwizną przyprószone zostały już jej pióra, a włosy Seliny wciąż były czarne, tak samo jak jej oczy. Tak samo jak oczy lelka złowróżebnika, który śpiewał w dniu jej ślubu.
Ale przecież Philomena nie wierzyła nigdy w cygańskie wróżby.
Jakże wspaniała wróżba na koniec dnia, pomyślała cierpko Selina, głośno odkładając sztućce na talerz, tuż obok oberwanych z mięsa, połamanych ptasich kosteczek. Nie zareagowała na zamieszanie przy stole. Nie przerwała nawet posiłku. Jej piękna, posągowa twarz nie zdradzała niczego więcej poza obojętnością. Przysłuchiwała się prowadzonym rozmowom tak, jak przysłuchiwała się ptasim trelom za oknem. W odpowiednim momencie przywołała jednak do siebie Scarlett. Pogładziła ją niemal czule po białym policzku, zanim powiodła palcami po wyrobniczych koralach wieńczących wątłą, dziewczęcą szyjkę. Uśmiechnęła się pobłażliwie na ich widok. Była to przecież biżuteria noszona przez najuboższe dziewczęta z taboru. Te, których rodziców nie stać było na życie, a co dopiero na złoto czy na srebro. Nie mogły liczyć na żaden posag, szukały więc na plażach koralu i bursztynów, a do ślubu szły jesienią, żeby pokryć niedostatek sznurami żywoczerwonych jarzębin. Rodziły dzieci, które przywykły, aby schylać karki, bo przygięte ciężarem biedy, nieustannie wypatrywały na kamiennych bezdrożach błysku kamieni szlachetnych. Tyle że w brudzie błyszczały się tylko ich głodne oczy. Ach, jakże głodnym miłości było to dziewczę. W jej szukaniu posunęła się do niedorzeczności niemalże. A jednak życzliwym pozostało spojrzenie Seliny, gdy zapinała wokół szyi Scarlett naszyjnik, który Alexander kupił dziewczynie na prezent. Nawet wtedy, gdy dziwnie drapieżnymi zdawały się jej sękate palce.
– Żebyś wciąż przychodziła do mnie z muzyką, ptaszyno.
Teraz Selina miała już tylko ptaki.
Te, które przylatywały do jej altany, pod okna jej sypialni. Te, które śpiewały. Te, które nie miały zaśpiewać już nigdy, nie po tym, jak obdarła z mięsa drobne, ptasie kosteczki, spoczywające teraz na jej talerzu. Kostki były białe, ale pióra pokrywające żywe ptactwo mieniły się kolorami. Selina patrzyła jak nieopierzone pisklątka wypadają z gniazd. Żałosna śmierć, ale czemu miałaby czuć żal, którego nie czuły ptasie matki? Nie pomagała nigdy porzuconym pisklęciom, ale była obok, i patrzyła, jak umierają. Wciąż było to więcej niż gotów był dać im świat. Świat nie miał litości dla słabych. Patrzyła więc jak te silne pokrywają się piórami, i odlatują, zawsze odlatują... Zazdrościła im wtedy, bo chciała odlecieć z nimi, chociaż ostatecznie zostawała, zawsze zostawała. Jakże przyjemnie było jednak patrzeć jak rozwijają skrzydła. Nie wiedzieć kiedy poderwała się do lotu kaweczka o srebrzystych oczach, za nią zaś uleciał wilgowron. Biała raniuszka zaczęła wygrywać smutną melodię na skrzypkach. Nawet stara harpia zdawała się wzruszoną, chociaż szeroko rozpięte skrzydła rzucały na jej twarz cień, czyniąc ją niemal nieprzeniknioną. Jakże zdawała się doskonała, jakże niewzruszona, jakże precyzyjnym musiało być pismo, wychodzące spod pióra wyrwanego z jej ogona... A jednak liniała, pomyślała Selina, przesuwając spojrzeniem po Philomenie. Siwizną przyprószone zostały już jej pióra, a włosy Seliny wciąż były czarne, tak samo jak jej oczy. Tak samo jak oczy lelka złowróżebnika, który śpiewał w dniu jej ślubu.
Ale przecież Philomena nie wierzyła nigdy w cygańskie wróżby.
Rzut Symbol 1d258 - 186
Róg (obfitość)
Róg (obfitość)
Jakże wspaniała wróżba na koniec dnia, pomyślała cierpko Selina, głośno odkładając sztućce na talerz, tuż obok oberwanych z mięsa, połamanych ptasich kosteczek. Nie zareagowała na zamieszanie przy stole. Nie przerwała nawet posiłku. Jej piękna, posągowa twarz nie zdradzała niczego więcej poza obojętnością. Przysłuchiwała się prowadzonym rozmowom tak, jak przysłuchiwała się ptasim trelom za oknem. W odpowiednim momencie przywołała jednak do siebie Scarlett. Pogładziła ją niemal czule po białym policzku, zanim powiodła palcami po wyrobniczych koralach wieńczących wątłą, dziewczęcą szyjkę. Uśmiechnęła się pobłażliwie na ich widok. Była to przecież biżuteria noszona przez najuboższe dziewczęta z taboru. Te, których rodziców nie stać było na życie, a co dopiero na złoto czy na srebro. Nie mogły liczyć na żaden posag, szukały więc na plażach koralu i bursztynów, a do ślubu szły jesienią, żeby pokryć niedostatek sznurami żywoczerwonych jarzębin. Rodziły dzieci, które przywykły, aby schylać karki, bo przygięte ciężarem biedy, nieustannie wypatrywały na kamiennych bezdrożach błysku kamieni szlachetnych. Tyle że w brudzie błyszczały się tylko ich głodne oczy. Ach, jakże głodnym miłości było to dziewczę. W jej szukaniu posunęła się do niedorzeczności niemalże. A jednak życzliwym pozostało spojrzenie Seliny, gdy zapinała wokół szyi Scarlett naszyjnik, który Alexander kupił dziewczynie na prezent. Nawet wtedy, gdy dziwnie drapieżnymi zdawały się jej sękate palce.
– Żebyś wciąż przychodziła do mnie z muzyką, ptaszyno.