23.01.2026, 15:20 ✶
Podniesiony głos pani Turpin, oburzającej się na sąsiadów, docierał do Brenny jakby z daleka, bo przez ułamek sekundy mogłaby przysiąc, że słyszy… jakby trzask płomieni. Odwróciła gwałtownie głowę, i serce podeszło jej do gardła, kiedy kątem oka wyłapała iskry… ale nie. Żadnych iskier nie były.
– Czemu zaciskasz pięści?! Detektyw Brygady nie przystoi takie zachowanie!!! – obruszyła się pani Turpin, a Brenna odetchnęła, raz, drugi, rozluźniając dłonie i skierowała oczy ku niebu, szaremu, ponuremu, jakby pogoda dostosowywała się do nastrojów Londyńczyków, ale nie naznaczonemu piętnem czerni i sadzy.
Mimo to nie odetchnęła z ulgą, że nie zobaczyła tego, czego się spodziewała, a żołądek wciąż ściskał się jej z niepokoju.
– Jest mi przykro, że niektórzy wykorzystują ludzkie nieszczęście, by okradać ludzi i na nich napadać, pani Turpin – powiedziała, niemalże łagodnie. Może to był przytyk pod jej adresem, ale czy Brenna byłaby tak złośliwa…? Może jednak miała na myśli bandę, której członków tutaj ujęto?
Wzrok Brenny powędrował ku wejściu, i dłoń drgnęła, kobieta omal nie sięgnęła ku różdżce… ale to był tylko Sebastian. Nie śmierciożercy. Nic się nie działo. Ponosiła ją wyobraźnia. Chyba po Spalonej Nocy była zbyt nerwowa.
– Cześć, Sebastianie – powiedziała, przysłaniając usta, gdy wydobył się z nich kaszel, posiadłość teraz bardzo powszechna w Londynie. Potem opuściła dłoń, uśmiechnęła się do niego… i ten uśmiech trochę jej na ustach zamarł, gdy Macmillan zaczął przemawiać do pani Turpin.
Nie spodziewała się, że ją zna.
Ani że będzie w stanie tę znajomość tak po mistrzowsku wykorzystać.
Nie była pewna, czy powinna wyrazić swój podziw czy wybuchnąć śmiechem, zmusiła się więc do utrzymania neutralnego wyrazu twarzy i jedynie pokiwania głową. Słowa chyba padły na podatny grunt, bo pani Turpin otworzyła i zamknęła usta, jak ryba wyciągnięta z wody, a potem poruszyła się niespokojnie w powietrzu, jakby niepewna, co odpowiedzieć.
– Jestem pewna, że wiele osób byłoby bardzo rozczarowanych, że taki filar społeczności jak pani, tak dbający o to, aby sąsiedzi nie zboczyli na złą ścieżkę, łamie prawo – westchnęła Brenna z żalem.
– Ja nie łamię żadnego prawa! Pojawiłam się na schodach, bo robisz tu zamieszanie – obruszyła się pani Turpin.
– Wchodzenie na teren cudzych mieszkań wciąż jest nielegalne…
– Nie zrobiłam nic złego – burknęła pani Turpin, ale zerkała na Sebastiana jakby trochę niepewnie. – Nie musiałabym tego robić, gdyby byli porządnymi ludźmi.
– Czemu zaciskasz pięści?! Detektyw Brygady nie przystoi takie zachowanie!!! – obruszyła się pani Turpin, a Brenna odetchnęła, raz, drugi, rozluźniając dłonie i skierowała oczy ku niebu, szaremu, ponuremu, jakby pogoda dostosowywała się do nastrojów Londyńczyków, ale nie naznaczonemu piętnem czerni i sadzy.
Mimo to nie odetchnęła z ulgą, że nie zobaczyła tego, czego się spodziewała, a żołądek wciąż ściskał się jej z niepokoju.
– Jest mi przykro, że niektórzy wykorzystują ludzkie nieszczęście, by okradać ludzi i na nich napadać, pani Turpin – powiedziała, niemalże łagodnie. Może to był przytyk pod jej adresem, ale czy Brenna byłaby tak złośliwa…? Może jednak miała na myśli bandę, której członków tutaj ujęto?
Wzrok Brenny powędrował ku wejściu, i dłoń drgnęła, kobieta omal nie sięgnęła ku różdżce… ale to był tylko Sebastian. Nie śmierciożercy. Nic się nie działo. Ponosiła ją wyobraźnia. Chyba po Spalonej Nocy była zbyt nerwowa.
– Cześć, Sebastianie – powiedziała, przysłaniając usta, gdy wydobył się z nich kaszel, posiadłość teraz bardzo powszechna w Londynie. Potem opuściła dłoń, uśmiechnęła się do niego… i ten uśmiech trochę jej na ustach zamarł, gdy Macmillan zaczął przemawiać do pani Turpin.
Nie spodziewała się, że ją zna.
Ani że będzie w stanie tę znajomość tak po mistrzowsku wykorzystać.
Nie była pewna, czy powinna wyrazić swój podziw czy wybuchnąć śmiechem, zmusiła się więc do utrzymania neutralnego wyrazu twarzy i jedynie pokiwania głową. Słowa chyba padły na podatny grunt, bo pani Turpin otworzyła i zamknęła usta, jak ryba wyciągnięta z wody, a potem poruszyła się niespokojnie w powietrzu, jakby niepewna, co odpowiedzieć.
– Jestem pewna, że wiele osób byłoby bardzo rozczarowanych, że taki filar społeczności jak pani, tak dbający o to, aby sąsiedzi nie zboczyli na złą ścieżkę, łamie prawo – westchnęła Brenna z żalem.
– Ja nie łamię żadnego prawa! Pojawiłam się na schodach, bo robisz tu zamieszanie – obruszyła się pani Turpin.
– Wchodzenie na teren cudzych mieszkań wciąż jest nielegalne…
– Nie zrobiłam nic złego – burknęła pani Turpin, ale zerkała na Sebastiana jakby trochę niepewnie. – Nie musiałabym tego robić, gdyby byli porządnymi ludźmi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.