Miała wrażenie, że mimo, że znajdują się w tym samym miejscu, że patrzą na to samo, to każde z nich podchodziło do tego w zupełnie inny sposób. On się śmiał, przynajmniej próbował się śmiać, kiedy ona była zupełnie poważna. Niby zdawała sobie sprawę z czego to wynikało, jednak nie mogła tego pojąć. Wyglądało na to, że on tak po prostu to przyjął, pogodził się z tym, kiedy ona jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Nie miała zamiaru sobie go odbierać, można było o niej mówić naprawdę wiele, ale nie to, że nie walczyła do końca. Szczególnie, kiedy w grę wchodziły dziedziny, w których czuła się mocna. Była uzdrowicielką, miała ratować życie ludzi bez względu na wszystko, naprawdę sądził, że pogodzi się z jego zdaniem, przytaknie tak po prostu i pozwoli mu odejść. Niby rozumiała, że chciał to zrobić na własnych warunkach, tyle, że nie brał pod uwagę zupełnie czynnika ludzkiego, którym była ona. Nie zamierzała tego tak po prostu zostawić, ignorować, godzić się z losem, który właśnie sobie wybrał. Mógł sądzić inaczej, jednak miała swoje do zrobienia i do powiedzenia, to był dopiero początek.
Musiała najpierw przemówić mu do rozumu, oświadczyć, iż nie będzie się na to zgadzała, musiało to do niego dotrzeć, żeby nie sabotował jej prób, to mogłoby utrudnić jej działanie, a wolała, żeby jednak chociaż odrobinę współpracowali, dzięki temu łatwiej będzie jej robić to, co do niej należało.
- Zazwyczaj się pisze dla innych, Ty jednak musisz jak zawsze robić wszystko po swojemu, jak dla mnie wygląda to jak pisanie nekrologu. - Mógł się z nią o to spierać, jednak miała swoje zdanie na ten temat. Jasne, porządkował swoje sprawy... może jeszcze powinna mu podać kartkę, żeby zdążył stworzyć testament? Skoro już zamierzał wszystko układać. Nie podobało jej się to podejście, w jej oczach wiązało się z rezygnacją, a ona w ogóle nie brała czegoś takiego pod uwagę. Wiedziała, że na to, co mu się przytrafiło nie wystarczą tylko plasterki, kilka wypitych eliksirów, czy rzuconych zaklęć, na szczęście trafił na bardzo zaciętego specjalistę, który sięgał po nowatorskie metody.
Nie dało się nie zauważyć zmiany w nastawieniu Prudence, nie była już łagodna, nie akceptowała wszystkiego, co chciał wprowadzać w życie, czy nawet nieżycie, wręcz przeciwnie zmieniła swój tryb na ten, który zwiastował walkę, bo zamierzała ją podjąć. Nie rozmyślała nad tym, tak po prostu należało zrobić, to było oczywiste. Czy mu się to podobało, czy nie, podjęła już decyzję, mógł z tym zrobić co chciał, chociaż w tej sytuacji nie za bardzo miał mieć cokolwiek do powiedzenia, bo nie był w najlepszej formie, co również zamierzała wykorzystać - tylko dlatego, że mogła.
Jego zdaniem nie mieli już mieć żadnego wpływu na to, co się z nim stanie. Mógł tak sobie myśleć, nikt mu nie bronił, Prue jednak miała inną opinię. Nie wyperswadowywała mu tego siłą, jak zawsze, przyjęła po prostu to, co mówił, ale w tym przypadku zamierzała robić swoje. Nie po to, żeby udowodnić mu, że się mylił, często robiła to tylko po to, w tym momencie chodziło przecież o jego życie, więc było to jeszcze bardziej skomplikowane. To, co kiedyś było dla nich bardziej formą rozrywki w tej chwili stało się czymś zupełnie innym. To nie tak, że chciała mu po wszystkim powiedzieć a nie mówiłam, chociaż na pewno nie odbierze sobie tej przyjemności, kiedy wreszcie postawi go na nogi, a nie brała pod uwagę żadnej innej możliwości, nie tym razem. Widziała tylko jedno zakończenie tej sytuacji, pozytywne. Za dużo przeżyła w swoim życiu rozczarowań, aby akceptować kolejne, choćby miała zabić samą śmierć, by wyciągnąć go z jej rąk, to zamierzała to zrobić. Prudence była naprawdę zdeterminowana w tej chwili i było to widać po wyrazie jej twarzy, na pewno nie miał się zmienić zbyt szybko.
- Nie sądzę, że byś milczał, Ty strasznie dużo gadasz, pewnie zupełnie nieświadomie byś to zrobił, znając Ciebie. - Nie, żeby jej to przeszkadzało, ostatnio padło między nimi naprawdę wiele słów, wiele sobie wyjaśnili, a Benjy okazał się być wyjątkowo rozgadany, być może musiał wyciągnąć na powierzchnię wszystko, co siedziało w nim przez lata, naprawdę cieszyło ją to, że pozwalał sobie się przy niej otworzyć, bo to nie było takie oczywiste. Pewne nawyki towarzyszyły mu od lat, widziała, jak z nimi walczył, jak się zmieniał i chciała zobaczyć, jak to będzie wyglądało za kilka lat, kiedy przekona się zupełnie do tego, że faktycznie jest jego prawdziwym wsparciem. Miała świadomość, że nie był do tego przyzwyczajony, że musiał radzić sobie jak dotąd ze wszystkim sam, ale to się zmieniło, na dobre i to był ten moment, w którym miała zamiar mu to udowodnić.
Nie widziała innej możliwości, niż wzięcie to na siebie, szczególnie, że miała spore doświadczenie, w jej medycznej karierze pojawiały się przypadki tragiczne, z którymi potrafiła sobie poradzić, fakt ostatnio częściej zajmowała się trupami, niż żywymi, jednak to nie tak, że zaprzestała praktykować tę bardziej pokrzepiającą część swojego zawodu. Wyniosła się z Munga, bo Mung nie pozwalał na korzystania z wachlarza metod, tam nie mogła działać w taki sposób, jakby chciała, uniemożliwiał jej czerpanie ze swoich pełnych umiejętności, dlatego zaczęła pracować jako medyk mniej oficjalne, świadczyła te usługi, aby nie zaprzestać poszerzania swojej wiedzy. Zależało jej na tym, by mieć pewność, że zawsze będzie wiedziała co robić, że zawsze znajdzie sposób, aby uratować swoich bliskich i właśnie musiała sprawdzić, czy faktycznie to do czego się przygotowała miało sens. Uczyła się na błędach, tego nie można było jej zarzucić, tym razem zamierzała skorzystać z pełni zdolności, nic nie miało jej hamować, znajdowali się w ich domu, do którego nikt nie mógł wejść, mogła więc robić wszystko, co jej się żywnie podobało i to było dość istotne.
Zaczynała układać plan w głowie, szykowała listę, wiedziała, że czeka ją sporo pracy, nie miała też żadnego wsparcia, ale nie był to pierwszy raz, zazwyczaj mogła liczyć tylko na siebie, ufała sobie, wiedziała, że jest w stanie to zrobić, inaczej nie mówiłaby do niego w ten sposób, nie zachęcałaby go do walki, wiedziała, że ją wygrają, musiał tylko wykazać chociaż odrobinę zainteresowania tym pomysłem, musiał przestać myśleć o tym, jak o końcu, bo to przecież był dopiero ich początek.
Ledwie wszystko zaczęło się układać, ledwie wzięli ślub, ledwie wyznali sobie, że nie wyobrażają sobie swojego życia bez siebie nawzajem, a ten postanowił spróbować umrzeć. Niedoczekanie, to na pewno nie miało się wydarzyć, nie dzisiaj. Prue była gotowa zrobić naprawdę wiele, szczególnie dla tych których kochała, a że jego kochała do szaleństwa to była gotowa walczyć o niego z całych sił, nie zważając na konsekwencje, mogła zrobić wszystko, dosłownie wszystko, aby utrzymać go przy życiu, nawet zaprzedać swoją duszę diabłu.
Nie miała w zwyczaju podnosić głosu, to raczej jej się nie zdarzało, ale ta sytuacja była inna, zupełnie inna od wszystkich, które ich do tej pory spotkały, zachowywała się więc nieco mniej wyważenie, powodowało to też jego podejście, nie pasowało Prue, nie miała problemu, aby o tym wspomnieć w ten dosyć niegrzeczny sposób. Nie miała zamiaru się hamować, schodzić z tonu, przynajmniej do momentu, w którym nie będzie miała pewności, że wszystko co miała mu do powiedzenia faktycznie do niego dotrze. Wydawało jej się to być całkiem proste i logiczne.
Chyba przyjął do wiadomości to, co miała mu do powiedzenia, padło bowiem to dobrze z jego ust, nie wiedziała, czy faktycznie tak myślał, czy odezwał się w ten sposób dla świętego spokoju, nie obchodziło jej to tak do końca, bo wiedziała swoje, miała swój plan, swoje punkty z listy do odhaczenia, już dawno ułożyła je w głowie. Stałoby się to szybciej, gdyby po pojawieniu się w domu przyznał, że coś się stało. Nadal nie mogła tego zrozumieć, nadal uważała, ze to było cholernie głupie posunięcie, bo sam zabierał im bardzo cenny czas, który mogli przeznaczyć na to, żeby szybciej postawić go na nogi. Zamierzała zrobić mu wykład na ten temat, opowiedzieć o tym, że czasem sekundy potrafiły uratować człowiekowi życie, na pewno nigdy tego nie zapomni, już ona się o to postara.
Uniosła głowę, pokręciła nią jeszcze z niedowierzaniem. On nigdy nie potrafił przestać, widziała to w jego oczach, które być może nieco zaczęły gasnąć, ale nadal gdzieś tam przebijał się ten jego charakterystyczny błysk. - Czy to ważne do kogo to mówię? - Nie wydawała się tym jakoś specjalnie przejmować, to nie miało najmniejszego znaczenia. Na końcu drogi, tuż przed spotkaniem ze śmiercią wszyscy byli sobie równi, ona nie przejmowała się nazwiskiem, statusem krwi, pochodzeniem, przyjmowała do siebie wszystkich jak leci.
- Widzisz, a ja nigdy nie zapominam. - Nie interesowało jej jakiego akurat nazwiska miał zamiaru używać, kim się stawał, nie przywiązywała wagi do jego personaliów, najważniejsze było to kto krył się w środku, kim był pod tym wszystkim. Połączył ich rytuał krwi, zgodzili się na to, miała prawo go ratować, miała prawo robić to na co miała ochotę i nie mógł jej tego odmówić. Przegrał, był w naprawdę słabej pozycji, do tego osłabiony więc nieszczególnie mógł przed tym uciec. Okropnie jej go było szkoda w tej chwili. Biedny Benjy, nic nie miało pójść po jego myśli. Nie tym razem. Na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak szybko będzie wykorzystywała swoje prawa wynikające z tego rytuały, który niedawno połączył ze sobą ich drogi życia.
- To nie są fakty. - Powtórzyła się, bo najwyraźniej po raz kolejny nie do końca się zgadzali. - To są jakieś Twoje założenia wyssane z dupy, czy z palca, tylko Ty wiesz z czego. Stwierdziłeś sobie, że to koniec, a dalej stoisz przede mną i oddychasz, Twoje serce bije, więc pierdolisz farmazony. - Jasne, miał może sporą dziurę w brzuchu, było to nieco problematyczne, ale jeszcze żył, z dziurą sobie poradzą, połata go i będzie jak nowy, uważała, że zupełnie niepotrzebnie tak nad tym dywagują, bo decyzja i tak została podjęta, uleczy go, czy mu się to podoba, czy nie, a później nakopie mu do dupy tak, żeby nigdy nie zapomniał tej całej sytuacji, żeby nie miał kolejnej wymówki.
- To masz problem, jeśli nie wiesz jak się to robi, musisz się dowiedzieć i nie masz na to zbyt wiele czasu. - Mruknęła jeszcze cicho. Nie obchodziło jej, że to nie było w jego stylu, że od lat podchodził zupełnie inaczej do życia, w tej chwili miał zostać optymistą, bo tego właśnie potrzebowali, czy to mu się podobało, czy nie. - Widzisz, ja byłam czarnowidzką i udało mi się zmienić nastawienie, z Twoim realizmem może być tylko łatwiej.[b] - Uśmiechnęła się krzywo, nie należeli do osób, które jakoś szczególnie pozytywnie podchodziły do życia, bywały jednak takie sytuacje, kiedy było to konieczne i ta, w której się właśnie znaleźli była jedną z nich. [b]- Dobrze wiesz, że nie obchodzą mnie chmury, wolę te ciemne, jeśli jednak chodzi o Ciebie to zupełnie coś innego. - Wiedziała, że to była tylko przenośnia, ale zamierzała mu wyjaśnić na czym polegała różnica. Mogła być z natury czarnowidzką, jednak kiedy w grę wchodziła walka o jego życie to stawała się największą optymistką na świecie.
- Wspaniale. - Miała nadzieję, że naprawdę to zrobi, że nie powiedział tego dla świętego spokoju, że nie robił tylko dlatego, żeby dalej nie wierciła mu dziury w brzuchu (swoją drogą taką już miał, więc nie do końca był w tym jakiś sens). Naprawdę potrzebowała, żeby uwierzył w to, że jest w stanie mu pomóc, żeby odnalazł sobie te ostatnie pokłady nadziei. Nic więcej nie potrzebowała.
- Wiesz, wystarczy trochę lekcji, a na pewno odnalazłabym się w tej roli, nie wydaje się szczególnie skomplikowana, przede wszystkim musiałabym się nie odzywać, reszta jakoś sama by przyszła. - Zdecydowanie nie nadawała się na prawdziwą arystokratkę, nigdy zresztą nie miała żadną zostać, całkiem przypadkiem okazało się, że wyszła za kogoś kto kiedyś był jednym z nich, to nie tak, że nie zaplanowała tego w dzieciństwie... wtedy jednak naprawdę nie sądziła, że to może się wydarzyć, gdyby było inaczej to na pewno ćwiczyłaby, żeby przygotować się do takiej istotnej roli.
- Nie wiem, czym zasłużyłam sobie na to wybaczenie... - Dodała jeszcze, w końcu doznała łaski Aloysiusa Rookwooda, kto by się tego spodziewał. Zawsze miał do niej sentyment, najwyraźniej to nie mogło wyglądać inaczej. Nie powinna jednak się rozpraszać, wchodzić w te wątki, mieli naprawdę jeszcze dużo do zrobienia, a tak się składało, że kwestii ratowania życia raczej nie można było odkładać w czasie.
Wsunęła mu rękę pod ramię, zacisnęła dłoń. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, w tym przypadku była realistką. Benjy był od niej dużo cięższy, dużo wyższy, do tego aktualnie nie do końca panował nad swoimi kończynami, ale nie poddawała się. Jeśli trzeba będzie to zaciągnie go na ten dywan siłą, którą musiała mieć gdzieś w sobie. Nie było rzeczy niemożliwych, starała to sobie powtarzać w głowie.
- Obawiam się, że to nie do końca o ten rodzaj arystokratyczności może chodzić, jednak to Ty tu jesteś specjalistą, muszę się zdać na Twoją ocenę, Lordzie Rookwood. - Nadal próbował się śmiać, nie chciała mu tego odbierać, chociaż nie wydawało jej się, aby w tej sytuacji to było wskazane, z drugiej strony to przynajmniej świadczyło o tym, że jeszcze był żywy, a przede wszystkim na tym jej zależało.
Mieli być w tym razem, mieli razem pokonać tę niby małą odległość, która w tej chwili wydawała się naprawdę długą drogą, jednak mieli już za sobą bardziej wyboistą drogę, więc i z tą powinni sobie poradzić. Wierzyła w to, że im się uda, że zaraz będzie mogła w końcu przejść do tego, co miało być najważniejsze, już niedługo będzie mogła postawić go na nogi, nawet jeśli nadal nie wierzył w to, że jej się uda. Dostała od niego szansę, pozwolił się położyć na tym nieszczęsnym dywanie, będzie mogła działać. To było wystarczające.
- Tylko byś spróbował puścić... - Dodała jeszcze cicho, poprawiła przy tym chwyt odrobinę, żeby trzymać go jeszcze pewniej, nie mogła pozwolić na to, żeby faktycznie poleciał na ziemię, musiała kontrolować ich ruchy, tym razem to ona była odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo, jakoś sobie z tym poradzi. Wiele razy podczas ostatnich dni to on ją ratował, był to moment, w którym mogła mu się odpłacić.
Nadal nie brakowało mu tej zadziorności, którą pamiętała z młodzieńczych lat, zawsze miał coś do powiedzenia, nawet w takiej absurdalnej sytuacji, jak tak. - Nie mówię, że nie potrafisz, ale zazwyczaj jesteś okropnie narwany, a to nie jest ten moment, jeśli faktycznie jednak wolisz długo, to to jest ten moment, żeby mi pokazać, wtedy zmienię zdanie. - Musieli poruszać się powoli, bez niepotrzebnych, gwałtownych ruchów, krok za krokiem, wtedy misja miała większe szanse na powodzenie.
- Wiesz, że to rzecz gustu, ten, który dla Ciebie jest paskudny mnie się może podobać, a ten ładny wręcz przeciwnie... - Kontynuowała rozmowę, bo to było ważne, żeby nadal do niego mówiła, póki się odzywał, póki oddychał, póki jego serce biło jeszcze była nadzieja na to, że za chwilę postawi go na nogi. To naprawdę dziwne, że myślał o tym nieszczęsnym dywanie w tej sytuacji, być może miało to dla niego większe znaczenie, niż mogło się wydawać, albo po prostu próbował na czymś skupić myśli, pewnie prędzej to.
- Tak, od zawsze miałam na Ciebie zły wpływ, złe miejsca, złe pochodzenie, nieodpowiednie maniery, a i tak nie potrafiłeś mi się oprzeć. - Poczuła, że odrobinę się osunął, spowodowało to, że złapała go nieco pewniej, mocniej, chociaż ciągle delikatnie, naprawdę zależało jej, aby to, co robili było jak najbardziej humanitarne, przecież był jej mężem, musiała się o niego troszczyć jak najbardziej potrafiła.
Dotarli wreszcie na ten dywan, nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale jednak im się udało. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych, musieli tylko ze sobą współpracować. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Teraz pozostawało tylko ostrożnie położyć go na tym obrzydliwym dywanie, którego tak nie znosił, mógł jej to powiedzieć wcześniej, mogli go przecież wyrzucić, znaleźć jakiś nowy, nie miała pojęcia o tym, że aż tak mu się nie podobał. Na pewno sobie to zapamięta.
Chciała, żeby przymknął nieco oczy, uspokoił oddech, nie męczył się dłużej, nie próbował wydobywać z siebie kolejnych dźwięków, bo już mogła mu pomóc, mogła działać, mogła się nim odpowiednio zająć. Nie musiała się przejmować tym, że stoi przed nią, że w każdej chwili może paść na podłogę, to wiele ułatwiało. Nie zamierzał jej posłuchać, w jego przypadku nic, nigdy nie było proste. Prosiła o jedno, a on robił drugie, naprawdę musiała do tego przywyknąć, i tak sporym sukcesem było przyciągnięcie go na ten dywan.
- To Cię nie ominie, na pewno będą takie momenty, gdy Ty będziesz musiał się mną zajmować, ale dzisiaj to działa w drugą stronę. - Nadal mówiła o kolejnych momentach, o przyszłości, o tym, co miało nadejść, bo przecież tak wiele było jeszcze przed nimi. Musiała teraz tylko odpowiednio go przez to przeprowadzić. Wykorzystać wszystkie sobie znane metody, aby zakończyło się to, tak jak chciała.
Uklękła przed nim z różdżką w dłoni, była gotowa do wsparcia się magią, nie widziała w tej chwili innej opcji, innej możliwości, na półśrodki było już zbyt późno i on i ona doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
- Rano będziesz mógł powiedzieć coś mądrego i lepiej, żebyś zaczął się już przygotowywać do tej rozmowy. - To było ostatnie, co powiedziała, bo musiała się skupić na czym innym. Nie mogła jednocześnie próbować go leczyć, walczyć o jego życie i prowadzić z nim dalszej rozmowy, miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale priorytety w tej chwili były dla niej całkiem jasne.
Słyszała jego głos w tle, słyszała co mówił, te słowa do niej docierały, rejestrowała je wszystkie, sama zaś jednak po cichu szeptała pod nosem zaklęcia, jedno za drugim, pewnie, i wykonywała dziwne ruchy różdżką nad jego ciałem. Musiała znaleźć źródło, kogoś, kto pomoże jej postawić go na nogi, decyzja była prosta, nim dostali się na ten dywan zdawała sobie sprawę z tego, że to będzie konieczne. Potrzebował energii, aby przeżyć, a ona musiała mu ją zorganizować. Nie, żeby to było dla niej problemem. Nie, kiedy chodziło o niego. Nie było tu żadnych moralnych rozważań, albo on, albo ktoś obcy, gdzieś miała obcych, była gotowa dla niego zrobić wszystko, dosłownie wszystko i właśnie w tej chwili to robiła.
Słyszała o czym mówił, jednak ten głos zostawał gdzieś za nią, wyłapywała treść, ale nie skupiała się na niej. Docierało do niej to wszystko o dzieciach, których przecież wcale nie chcieli, a przynajmniej tak było jeszcze wczoraj, widać w sytuacji zagrożenia życia wszystko mogło się zmienić. Notowała to w swojej głowie, na pewno zamierzała wrócić do tego, co mówił, jednak jeszcze nie teraz, teraz skupiona była na poszukiwaniu energii, którą mogła tchnąć w jego ciało.
Mieli jeszcze tak wiele do zrobienia, tak wiele do odhaczenia, skupiała się na wizji ich wspólnej przyszłości, a on jej w tym pomagał swoimi słowami, miała naprawdę bardzo dobre intencje, które przelewała w zaklęcia, w inkantacje padające z jej ust. Mówiła cicho, niemalże szeptała. Wiedziała, że on wie, z jakich metod korzystała, na pewno się domyślił, pewnie by protestował, w sumie próbował z tego i teraz żartować, ale jej nie do końca było do śmiechu, miała naprawdę trudne zadanie do zrealizowania, nic jednak nie mogło jej w tym przeszkodzić. Była zdeterminowana, pewna tego, że jej się uda, zawzięta jeszcze bardziej niż zwykle.
Porządkował wszystko, myślał o wszystkim, nie sądziła jednak, że będzie chciał jej teraz zwrócić uwagę na to, że nieodpowiednio parzyła herbatę, cóż najwyraźniej to na niego miał spaść ten obowiązek w przyszłości, truskawki? Kolejna rzecz, o której nie wiedziała, że też musiał znaleźć się na łożu śmierci, aby przyznać się do tego, że miał na nie alergie, dużo przed nią ukrywał, chował w sobie, zamierzała to zmienić, naprawdę czekała ich długa rozmowa, kiedy dojdzie do siebie, pewnie trochę to potrwa i na pewno nie będzie jej tego ułatwiał, już widziała, jak grzecznie będzie leżał w łóżku przez kilka następnych dni, będzie musiała wyciągnąć naprawdę silne działa.
Nie przestawała mruczeć, w pewnym momencie zaczęło to brzmieć niczym poezja, jedno zaklęcie za drugim, różny ton, różna melodia, jakby opowiadała jakiś wiersz nad jego ciałem. Sama zaś nie drgnęła nawet odrobinę, wydawała się być niemalże w transie, nie mrugała, patrzyła na niego i kontynuowała rzucanie swoich zaklęć, jak przystało na prawdziwą czarnoksiężnicę.
Oczywiście, że musiał przejść do tematu swojego pochówku, tyle, że to nie był moment, w którym chciała o tym myśleć, kiedyś pewnie to spisze i zostawi na później, na bardzo odległą przyszłość, w razie gdyby faktycznie postanowił odejść z tego świata przed nią, co wcale nie było takie oczywiste, bo przecież to nigdy nie wiadomo, komu pierwszemu przytrafi się śmierć, grunt, że nie miała nadejść teraz, nie dzisiaj, był za młody, był jej i miał być jej jeszcze przez wiele lat. Nie przyjmowała w ogóle innej możliwości.
Potwierdził jej przypuszczenia, to był wilkołak, oczywiście, że to musiało być to paskudne stworzenie, spowodowało to, że miała nienawidzić ich bardziej, tyle, że tym razem miała zaradzić obrażeniom, to na nią czekało zwycięstwo, a nie na te okrutne bestie. Przygotowała się na taką ewentualność, nauczona doświadczeniem była gotowa, wiedziała, jak sobie z tym radzić, jak walczyć z obrażeniami. Nie zamierzała dopuścić do kolejnego złego zakończenia, nie tym razem, przeklęci mogli jej skoczyć, wiele lat przygotowywała się do takiego momentu, chociaż tak naprawdę nigdy nie musiał nadejść, okazało się to być bardzo słusznym podejściem.
Im więcej czasu mijało, tym większe farmazony padały z jego ust. Naprawdę sądził, że chciałaby się z kimś związać? Po tym wszystkim? Merlin go opuścił, niby wiedziała, że dawno temu, a jednak... nie było w ogóle takiej możliwości, gdyby umarł to walczyłaby o to, żeby sprowadzić go na ten świat, co było dość mocno skomplikowane, więc w sumie dobrze, że nie umarł, bo mogła korzystać z bardziej przystępnych metod i walczyć z czymś, czego faktycznie dało się uniknąć, a walczyła naprawdę dzielnie. Nie przestawała, chociaż czuła, że kosztuje ją to sporo, to nie były proste zaklęcia, musiała się naprawdę skupiać na tym, żeby wszystko poszło tak jak trzeba.
Znalazła źródło energii, chwilę jej to zajęło, ale w końcu jej się udało, wtedy zamknęła oczy, mówiła głośniej, przywoływała to do nich, do niego, do jego ciała, musiała wsadzić w nie tyle, ile się dało. Musiał zacząć oddychać normalnie, serce musiało uspokoić swój rytm, gdy tak się stanie, będzie mogła go opatrzyć i zająć się raną, musiał najpierw jednak odzyskać siły. Widziała, że pojawiło się to nad nimi, zaczęła wlewać w jego ciało tę energię, to działało - nie mogło być inaczej, wiedziała, że zadziała, przygotowywała się do podobnych rytuałów od lat.
Nie miała pojęcia, jak na to zareaguje, jednak zamilknął, nie słyszała już w tle jego głosu, pozostało jej kilka inkantacji, kilka słów, a wszystko będzie za nimi, dokończyła więc swoje zadanie. Ostatnie słowa padły z jej ust bardzo cicho, dopiero wtedy otworzyła oczy i na niego spojrzała. Nachyliła się nad jego twarzą, aby sprawdzić, czy oddycha. Wszystko poszło po jej myśli, jednak nigdy nie można mieć pewności. Musiał zasnąć, zemdleć, na moment odpłynąć, ale to nie było ważne, udało jej się zrobić, to co chciała.
Nie był to jednak koniec, nie. Teraz mogła zająć się raną. Odwróciła się, aby sięgnąć po swoją torbę, wyciągnęła z niej kilka fiolek, które wylała na jego ciało, musiała je zdezynfekować, kto wie, czym mógł zarazić go ten wilkołak, obejrzała przy tym ją dokładnie, na szczęście to były tylko pazury - żadnego ugryzienia. Nie zostawiłaby go oczywiście, gdyby jakieś znalazła, ale na pewno trudno byłoby się jej przyzwyczaić do tego, że stał się jednym z nich. Na szczęście nie było to ich problemem. Mieli wystarczająco tych swoich. Znalazła miejsce, z którego krwawił, musiała to załatać, zasklepić, magia nie była trwała, dlatego sięgnęła po metody, które nigdy nie zawodziły. Najpierw jednak ostrożnie dotykała miejsca, w którym jego ciało było rozszarpane, by sprawdzić, czy wszystko w środku jest na swoim miejscu, nie jest zbytnio poharatane. Jej palce powoli, ostrożnie sprawdzały, jak wygląda sytuacja. Musiała wlać w niego eliksir, który pomoże uleczyć szkody w środku, sama zaś zaczęła szyć to, co znajdowało się na zewnątrz. Była skupiona, naprawdę skupiona, ale też spokojna, bo wiedziała, że będzie już tylko lepiej.
- Już prawie po wszystkim, jeszcze chwila i do mnie wrócisz. - Powtarzała to cicho, niczym mantrę, pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, kiedy dokonywała kolejnych czynności. Sięgnęła też po igłę, dzięki której wstrzyknęła w jego krew eliksir, który miał naprawić wszystko to, czego ona sama nie potrafiłaby zrobić, wystarczyła chwila, żeby zaczął go leczyć od środka. Oczywiście to nie miało być przyjemne, miało trwać długo, ale jednak zdążyła na czas. Kiedy zakończyła wszystkie czynności nachyliła się nad nim, obserwowała jego klatkę piersiową, to, czy się unosiła i w końcu złapała go za rękę, czekała, aż do niej wróci.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control