— Kto? Aaaaa... Mugolski mesjasz. Mam wrażenie, że co tydzień na rogu poznaję kolejnego, ciekawe co myśli sobie teraz ten dziadyga, co stał na drugim narożniku, tam przy sklepie Borginów i Burke'ów, co dzwonił co środę tym swoim dzwonkiem i mówił o końcu świata. Nie widziałem go od Spalonej, ciekawe co się z nim stało — Lewis wzruszył ramionami, bo miał gdzieś całą religię, utrzymywał zwyczaje dla społeczności, którą pomagały utrzymać, a nie dla pierdolenia babuszek i przymusu ze strony zmarłych. Już wystarczyło, że go czasami dręczyła ciotka Magyrlla, która pomyliła się w ilości możliwych zmartwychwstań i kopnęła w kalendarz niemal na stałe. Z tym, że miała takie samozaparcie, aby wstać, że została duchem. Niektórzy lubią, jak im się obciąga w tych limbowym chłodku, chociaż nie chciał tego wiedzieć, to wiedział. Nie, nie poda nazwisk. Co dzieje się w Kościanym Zamtuzie, zostaje w Kościanym Zamtuzie.
— Siadaj, Crow, zrób sobie herbatę, albo wiesz co... Tylko siadaj — Lewis zakręcił się zgrabnie koło kuchenki, machnął różdżką, zalał kubek herbaty i postawił gdzieś w okolicy z wolnym miejscem. Lewis znał ciasnotę ścieżek i tragiczną przestępczość tamtych miejsc. Smutna rzeczywistość, gdy nie wszystkie prostytutki dało się wskrzeszać. — Chyba zaczęło się robić zimno, co? Jeszcze chwilę i będzie śnieżyć...
Zatrzymał się w połowie kroku.
— Julek, czy ja już gadam jak stary dziad?