25.01.2026, 21:15 ✶
Matka co rano zaczesywała mu włosy za uszy, więc w wieku dwunastu lat wyglądał już jak jego ojciec. Miał te same ciemne oczy, skupione i czujne jak u drapieżnego zwierzęcia i taką samą podłużną twarz o ptasich rysach, pobladłą na policzkach w równie senny sposób, co ojcowski portret nad schodami. Nie potrafił bronić się przed własnym nazwiskiem, przed zimnym kamieniem rodzinnego mauzoleum i przed twarzą Melwasa przyszytą do jego twarzy zbyt ciasnym ściegiem; nie potrafił uciec od tego ziemistego smrodu śmierci i od wyobrażeń własnej babki o wielkości. Myślał chyba, że dorastanie uczyni z niego mężczyznę, zaczęło tymczasem ponad wszystko czynić z niego Fawleya, a ci zawsze mieli chłodne twarze i kościste dłonie, oczy obrysowane purpurowym cieniem zmęczenia i głosy pozbawione ciepła. Wraz z wyjazdem do Hogwartu musiał więc stać się inny — on lub Abel, a może oni obydwaj, może ta wąska przestrzeń, która ich ze sobą łączyła. Wtedy, tamtego popołudnia, stojąc nad drobną postacią Lorraine zmiana ta wydawała mu się różnie oczywista, co głupia i bezużyteczna.
Umrzesz tak czy siak, mówił jej wtedy, choć wiedział, że nie zrozumie, bo Lorrie nigdy chyba w pełni nie uwierzyła w śmierć.
Stał nad nią jak duch. Kołnierz koszuli wystawał niedbale spod granatowego swetra, pojedynczy kosmyk ciemnych włosów opadał mu na czoło, zabawnie zakręcony jak to miały w zwyczaju dziecięce włosy. Jego przyjaciółka siedziała na ziemi, a trawa wokół niej miała barwę zgaszonej szałwii — wszystko w tym miasteczku było lekko zamglone, jak gdyby niezmiennie ukryte przed światem. To był ich dom — gdzieś między gmachami rodzinnych posiadłości a ciemnym lasem wisielców, którego Cain od lat już się nie bał, choć nadal opowiadał Lorraine te same okrutne opowieści o zwisających pod niebem butach, którymi karmili go jego starsi bracia. Niestety, nawet wtedy, nawet w swojej dziecięcej miłości, nie potrafił przyznać się do jakiejkolwiek tęsknoty.
Głupia mruknął, choć głos miał łagodny i rozbawiony. Marszczył nos przyglądając się jak dziewczęce dłonie plotą wianek z pokrzyw. Łodyga za łodygą, raz dwa raz dwa. Drobne palce poczerwieniały w miejscach, w których skóry dotknęły parzące liście. Przecież niedługo też wyjedziesz .
Nie chciała go słuchać, wianek rozpadł się nieopodal nagrobka. Wtedy wydawało mu się, że jest naiwna podczas gdy on stawał się czymś więcej, czymś ponad infantylną przyjaźń. Zapamiętał jednak jej złość. Zdawało mu się, że została z nim jak blizna lub wykrzywiony mostek złamanego nosa. Gdy kilka lat później siedziała naprzeciw niego podczas szkolnej kolacji, bał się, że już nigdy nie będzie chciała na niego spojrzeć.
Zapomniał o tym, że ją kochał, choć przecież miłość tkwiła mu w gardle jak pestka.
Myślał o tym, gdy otwierał jej drzwi. Wiedział, że to ona nawet zanim dostrzegł w pełni jej twarz. Może powietrze wokół jej głowy pachniało inaczej, może pykanie brzmiało inaczej, gdy wydobywało się spod jej palców. Nie potrafił przyznawać się do tego, że tęskni, a jednak jego twarz mimowolnie złagodniała jakby odgięła się lekko pod naporem tej jego tęsknoty.
— Lorraine.
Jej imię zabrzmiało dziwnie sucho, dziwnie surowo. Niemal jak oskarżenie.
Gdzie byłaś?
Pestka zaczęła rosnąć. Przez chwilę był pewien, że się dusi. Musiał rozpiąć kilka guzików koszuli i odwrócić wzrok, jakby w poszukiwaniu jakiegoś punktu za jej głową, którego mógłby się uczepić.
Pozwolił jej wejść do środka, prosto w ciepły półmrok jego mieszkania. W milczeniu przyglądał się jej krokom, temu jak z sekundy na sekundę zatapia się głębiej w jego światm ten świat którego tak długo nie chciała być częścią. W pokoju pachniało kadzidłem i wspomnieniem zgaszonego niedawno papierosa.
— Stęskniłaś się? — odezwał się w końcu, chwytając leżący na stole, do połowy wypity kieliszek wina. — Czy to wizyta czysto biznesowa?
Zrobiło mu się słabo, choć wciąż unosił prawy kącik ust w okropnym, pobłażliwym uśmiechu, o którym sądził, iż czyni go przystojnym, a czynił go zwyczajnie głupim. Ona nie zdążyła zmienić się od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Nadal przypominała zjawę, nadal pachniała pokrzywą.
— Dziwne, mógłbym przysiąc, że tydzień temu widziałem twojego ducha gdzieś w okolicy kanałów. Zdążyłem nawet przyzwyczaić się do tej myśli.
Umrzesz tak czy siak, mówił jej wtedy, choć wiedział, że nie zrozumie, bo Lorrie nigdy chyba w pełni nie uwierzyła w śmierć.
Stał nad nią jak duch. Kołnierz koszuli wystawał niedbale spod granatowego swetra, pojedynczy kosmyk ciemnych włosów opadał mu na czoło, zabawnie zakręcony jak to miały w zwyczaju dziecięce włosy. Jego przyjaciółka siedziała na ziemi, a trawa wokół niej miała barwę zgaszonej szałwii — wszystko w tym miasteczku było lekko zamglone, jak gdyby niezmiennie ukryte przed światem. To był ich dom — gdzieś między gmachami rodzinnych posiadłości a ciemnym lasem wisielców, którego Cain od lat już się nie bał, choć nadal opowiadał Lorraine te same okrutne opowieści o zwisających pod niebem butach, którymi karmili go jego starsi bracia. Niestety, nawet wtedy, nawet w swojej dziecięcej miłości, nie potrafił przyznać się do jakiejkolwiek tęsknoty.
Głupia mruknął, choć głos miał łagodny i rozbawiony. Marszczył nos przyglądając się jak dziewczęce dłonie plotą wianek z pokrzyw. Łodyga za łodygą, raz dwa raz dwa. Drobne palce poczerwieniały w miejscach, w których skóry dotknęły parzące liście. Przecież niedługo też wyjedziesz .
Nie chciała go słuchać, wianek rozpadł się nieopodal nagrobka. Wtedy wydawało mu się, że jest naiwna podczas gdy on stawał się czymś więcej, czymś ponad infantylną przyjaźń. Zapamiętał jednak jej złość. Zdawało mu się, że została z nim jak blizna lub wykrzywiony mostek złamanego nosa. Gdy kilka lat później siedziała naprzeciw niego podczas szkolnej kolacji, bał się, że już nigdy nie będzie chciała na niego spojrzeć.
Zapomniał o tym, że ją kochał, choć przecież miłość tkwiła mu w gardle jak pestka.
Myślał o tym, gdy otwierał jej drzwi. Wiedział, że to ona nawet zanim dostrzegł w pełni jej twarz. Może powietrze wokół jej głowy pachniało inaczej, może pykanie brzmiało inaczej, gdy wydobywało się spod jej palców. Nie potrafił przyznawać się do tego, że tęskni, a jednak jego twarz mimowolnie złagodniała jakby odgięła się lekko pod naporem tej jego tęsknoty.
— Lorraine.
Jej imię zabrzmiało dziwnie sucho, dziwnie surowo. Niemal jak oskarżenie.
Gdzie byłaś?
Pestka zaczęła rosnąć. Przez chwilę był pewien, że się dusi. Musiał rozpiąć kilka guzików koszuli i odwrócić wzrok, jakby w poszukiwaniu jakiegoś punktu za jej głową, którego mógłby się uczepić.
Pozwolił jej wejść do środka, prosto w ciepły półmrok jego mieszkania. W milczeniu przyglądał się jej krokom, temu jak z sekundy na sekundę zatapia się głębiej w jego światm ten świat którego tak długo nie chciała być częścią. W pokoju pachniało kadzidłem i wspomnieniem zgaszonego niedawno papierosa.
— Stęskniłaś się? — odezwał się w końcu, chwytając leżący na stole, do połowy wypity kieliszek wina. — Czy to wizyta czysto biznesowa?
Zrobiło mu się słabo, choć wciąż unosił prawy kącik ust w okropnym, pobłażliwym uśmiechu, o którym sądził, iż czyni go przystojnym, a czynił go zwyczajnie głupim. Ona nie zdążyła zmienić się od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Nadal przypominała zjawę, nadal pachniała pokrzywą.
— Dziwne, mógłbym przysiąc, że tydzień temu widziałem twojego ducha gdzieś w okolicy kanałów. Zdążyłem nawet przyzwyczaić się do tej myśli.