26.01.2026, 22:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2026, 22:32 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine delikatnie ujęła między palce podsunięte jej zdjęcie, chcąc przyjrzeć mu się z bliska. Przypatrywała się przez chwilę parze zakochanych uwiecznionych w kadrze, w otoczeniu natury.
– Jest piękna... – powtórzyła za Hjalmarem. Powoli, rozkoszując się brzmieniem tego słowa na języku, jak i sposobem, w jaki je wypowiadał. A wypowiadał je tak, jak gdyby miłował.
W świecie Lorraine nikt nie robił nic z miłości. Małżeństwa były aranżowane przez rodziców, a podążyć za porywem serca znaczyło zaciągnąć niemożliwy do spłacenia dług. Gdy oddało się w zastaw to, co najcenniejsze, pozostawało żyć z lichwy. Mało to było żon, które szły ślubnym kobiercem przystrojone w pożyczone uczucia? Mężów, którzy wstępowali w związek małżeński z obowiązku? Miłość była śmiercią obowiązku. Obowiązku wobec rodziny, wobec świata. W świecie Lorraine miłość sprowadzała na człowieka tylko nieszczęście i ruinę.
Jej ojciec kochał wilę, której wspomnienie prześladowało go wciąż mimo upływu lat. Pochował ją tymi samymi rękoma, którymi pisywał dla niej wiersze, a potem zszedł w głąb Podziemnych Ścieżek. Zszedł jako Armand, ale spod ziemi wyszedł jako Orfeusz. Orfeusz kochał nimfę Eurydykę, ale nie potrafił wyzwolić jej z okowów śmierci, pozwolił więc rozerwać się na strzępy pijanym menadom. Wody rzeki Hebros spłynęły tamtego dnia krwią. Baldwin kochał Calanthe tak bardzo, że gotów byłby się dla niej wykrwawić, ogarnięty okrutną obsesją posiadania. Samson kochał Dalilę równie okrutnie, równie nieprzytomnie. W imię tej miłości poświęcił wszystko, nawet samego siebie. Wznosząc się ponad ślepotę i upokorzenie zburzył wrogą świątynię, zabierając ze sobą do grobu więcej ludzi niż zdołał zabić w trakcie całego swojego wypełnionego wojnami życia. Z jakiegoś powodu cena za miłość zawsze podawana była w trupach, jak gdyby świat nie uznawał innej waluty dla uczucia.
Może właśnie dlatego Lorraine pracowała w zakładzie pogrzebowym. Było coś niesłychanie czułego w śmierci. W tradycji grzebania zwłok, nawiedzania mogił dawno zmarłych bliskich. "Dopóki śmierć nas nie rozłączy", czy nie tak przysięgano sobie w małżeńskich ślubach? Ale przecież miłość nie kończyła się po śmierci. Prawdziwa miłość trwała aż po grób.
Niechby więc przyniosła z sobą ruinę. Niechby przyniosła nieszczęście! Miłość jest tego wszystkiego wartą, pomyślała Lorraine, odwzajemniając uśmiech uwiecznionej na zdjęciu kobiety. Wszystko co robiła Lorraine, robiła przecież z miłości. Nie zawsze była to miłość właściwa, nie zawsze bezinteresowna. A jednak wiedziała, że kocha, i jest kochaną. Lorraine kochała Maeve. Czy dało się wyrazić jej miłość w uncjach opium? Przeliczyć wszystkie pocałunki, jakie wymieniły? Wszystkie momenty, kiedy serce zatrzymywało się w piersi, a potem zrywało do biegu, jak gdyby słysząc kroki Maeve na schodach prowadzących do prosektorium chciało wyskoczyć jej z piersi na powitanie? "Dla mnie miłość nie jest transakcją", twierdziła twardo ukochana. Maeve nigdy nie była zmuszona rozpatrywać miłości w kategoriach długu i zastawu, Lorraine dokonywała natomiast wyceny z wyprzedzeniem.
Mimo to decydowała się kochać dalej. Nawet jeżeli świadoma była, że każde prawdziwe uczucie przybliża ją nie do szczęścia, lecz do kolejnego grobu, przy którym będzie trwać. "Moja miłość ma kształt trumny", wyznała Baldwinowi. Lorraine kochała Baldwina. Czy potrafiłaby powiedzieć ile kropel krwi uronił, malując swój przeklęty fresk? Nie, ale gotowa była przecież otworzyć dla niego własne żyły, żeby pokrwawić ścianę. Być może było to wszystko prostszym niż sądziła. Patrząc na Hjalmara, którego miłość zdawała się nieobciążoną kalkulacją zrozumiała, że miłość jest wyborem.
Zrozumiała, że już wybrała.
– ...A twoje słowa utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że jest tak samo piękna na wewnątrz, jak i na zewnątrz. – Lorraine uśmiechnęła się miękko do Hjalmara, ostatni raz przesunąwszy spojrzeniem po twarzy jego wybranki, zanim zwróciła zdjęcie. Więc byli ze sobą po słowie? Trudno było sobie wyobrazić, że bogata panna Prewett zamiast grzać się w blichtrze rodowych kasyn wolała proste życie u boku kowala. Z dala od zgiełku, z dala od błysku flesza. Równie uważnie co zdjęciu, Lorraine przyjrzała się twarzy Hjalmara, gdy ten mówił o swej ukochanej. Zachwycał blask bijący od jego szczerego oblicza. Hjalmar był jak piec buchający ciepłym ogniem. Cokolwiek podsycało jego płomień, spalało się jasno i pewnie, nie pozwalając, aby przygasł choćby na chwilę. Podobnie ognistym zdawało się spojrzenie Pandory. Choć uroda panny Prewett była zniewalającą, to ciepło jej uśmiechu czyniło ją prawdziwie piękną. Lorraine potrafiła zrozumieć, co przyciągnęło do siebie tych dwojga. Nie interes, nie koneksje rodziców, lecz uczucie.
– Jak się zapoznaliście? – spytała z czystej ciekawości Lorraine. – Wykułeś jej już pierścionek zaręczynowy? – dodała ciszej, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Nie znała przecież natury łączącej ich relacji, ale miłym było przypomnieć sobie, że miłość może prosperować nawet wtedy, gdy majaczy nad nią widmo wojny. Oboje należeli do rodów czystej krwi, więc nie powinni napotkać jednak żadnych przeciwności na swej drodze, prawda?
Być może pytania o pierścionek i zaręczyny brzmiały nieco płytko. Brzmiały jak odległe echo życia, które Lorraine wciąż potrafiła sobie wyobrazić, choć nigdy nie miało stać się jej udziałem. Wybrała przecież miłość ponad obowiązek.
Umilkła, gdy Hjalmar zaczął opowiadać o swoich rodzinnych stronach. Przysłuchiwała się uważnie, nie chcąc uronić choćby jednego słowa. Ołtarz rosnący w przestrzeni jej wyobraźni nie był wyłącznie dziełem człowieka. Stanowił cząstkę świata, która od zawsze czekała, aż ktoś nazwie ją świętą. Ołtarz nie miał być gładki ani posłuszny dłutom. Miał być skałą pamiętającą ciężar lodu, napór wiatru i ogień skryty głęboko pod powierzchnią ziemią. Skałą, która pękła tam, gdzie musiała pęknąć. W zagłębieniach, w których Hjalmar pozwoliłby kamieniowi pozostać sobą, światło zbierałoby się inaczej. W drobnych dołkach, rysach i naturalnych spękaniach, które Lorraine odruchowo porównała do nieba. Latem zawsze lubiła kryć się między korzeniami rosnącej w ogrodzie jabłoni. Opierała kark o jej wygrzany słońcem pień i patrzyła w gwiazdy. Wśród setek drobnych puncików światła rozświetlających mroki dzieciństwa szukała tego najjaśniejszego. Wpatrywała się w nie tak usilnie, że reszta świateł zaczynała aż rozmywać się w zaszłych łzami oczach. Ale wtedy, przez krótką chwilę, na niebie istniała wtedy tylko ta jedna gwiazda. Większa, jaśniejsza od pozostałych. Jeżeli bogowie rzeczywiście patrzą na ludzi, myślała Lorraine, muszą czynić to właśnie w ten sposób. Takim powinien być ich ołtarz. Gwiazdy zaklęte w pęknięciach, noc uwięziona w skale. Gdy padnie na nią ogień świec albo blade światło księżyca, wszelkie niedoskonałości zaczną migotać niczym gwiazdy osadzone w kamiennym firmamencie. Jak gdyby skała pamiętała nocne niebo i próbowała je naśladować na swój ciężki, ziemski sposób. Czy przywiązany do gruntu kamień mógł pamiętać lekkość gwiezdnego pyłu, z którego się narodził? zapytywała się półwila. Ziemia zbyt była zajęta dźwiganiem ciężaru nieba, żeby jej odpowiedzieć.
– Bogini nie bez przyczyny zwróciła się o pomoc właśnie do ciebie – stwierdziła z rozmysłem Lorraine. – Sądzę, że powinniśmy podążyć za jej wskazaniem. Za przedstawioną przez ciebie wizją. Być może zbytnio zdystansowaliśmy się w Anglii od tego, co należało niegdyś i do naszej tradycji. Nasi przodkowie modlili się w świętych gajach, w otoczeniu kamiennych kręgów. Drzewa były nam świadkami, głazy ołtarzami. Zdążyliśmy zapomnieć, że łonem Matki jest ziemia. Nie potrzeba jej innych ozdób nad te, którymi sama się przystraja. Niech więc kamień pokryje się kwietnym kobiercem. Co prawda, nie znam się na kamieniach, ale mam rękę do kwiatów. – Lorraine uśmiechnęła się lekko do Hjalmara, gotowa wysłuchać jego sugestii.
– Jest piękna... – powtórzyła za Hjalmarem. Powoli, rozkoszując się brzmieniem tego słowa na języku, jak i sposobem, w jaki je wypowiadał. A wypowiadał je tak, jak gdyby miłował.
W świecie Lorraine nikt nie robił nic z miłości. Małżeństwa były aranżowane przez rodziców, a podążyć za porywem serca znaczyło zaciągnąć niemożliwy do spłacenia dług. Gdy oddało się w zastaw to, co najcenniejsze, pozostawało żyć z lichwy. Mało to było żon, które szły ślubnym kobiercem przystrojone w pożyczone uczucia? Mężów, którzy wstępowali w związek małżeński z obowiązku? Miłość była śmiercią obowiązku. Obowiązku wobec rodziny, wobec świata. W świecie Lorraine miłość sprowadzała na człowieka tylko nieszczęście i ruinę.
Jej ojciec kochał wilę, której wspomnienie prześladowało go wciąż mimo upływu lat. Pochował ją tymi samymi rękoma, którymi pisywał dla niej wiersze, a potem zszedł w głąb Podziemnych Ścieżek. Zszedł jako Armand, ale spod ziemi wyszedł jako Orfeusz. Orfeusz kochał nimfę Eurydykę, ale nie potrafił wyzwolić jej z okowów śmierci, pozwolił więc rozerwać się na strzępy pijanym menadom. Wody rzeki Hebros spłynęły tamtego dnia krwią. Baldwin kochał Calanthe tak bardzo, że gotów byłby się dla niej wykrwawić, ogarnięty okrutną obsesją posiadania. Samson kochał Dalilę równie okrutnie, równie nieprzytomnie. W imię tej miłości poświęcił wszystko, nawet samego siebie. Wznosząc się ponad ślepotę i upokorzenie zburzył wrogą świątynię, zabierając ze sobą do grobu więcej ludzi niż zdołał zabić w trakcie całego swojego wypełnionego wojnami życia. Z jakiegoś powodu cena za miłość zawsze podawana była w trupach, jak gdyby świat nie uznawał innej waluty dla uczucia.
Może właśnie dlatego Lorraine pracowała w zakładzie pogrzebowym. Było coś niesłychanie czułego w śmierci. W tradycji grzebania zwłok, nawiedzania mogił dawno zmarłych bliskich. "Dopóki śmierć nas nie rozłączy", czy nie tak przysięgano sobie w małżeńskich ślubach? Ale przecież miłość nie kończyła się po śmierci. Prawdziwa miłość trwała aż po grób.
Niechby więc przyniosła z sobą ruinę. Niechby przyniosła nieszczęście! Miłość jest tego wszystkiego wartą, pomyślała Lorraine, odwzajemniając uśmiech uwiecznionej na zdjęciu kobiety. Wszystko co robiła Lorraine, robiła przecież z miłości. Nie zawsze była to miłość właściwa, nie zawsze bezinteresowna. A jednak wiedziała, że kocha, i jest kochaną. Lorraine kochała Maeve. Czy dało się wyrazić jej miłość w uncjach opium? Przeliczyć wszystkie pocałunki, jakie wymieniły? Wszystkie momenty, kiedy serce zatrzymywało się w piersi, a potem zrywało do biegu, jak gdyby słysząc kroki Maeve na schodach prowadzących do prosektorium chciało wyskoczyć jej z piersi na powitanie? "Dla mnie miłość nie jest transakcją", twierdziła twardo ukochana. Maeve nigdy nie była zmuszona rozpatrywać miłości w kategoriach długu i zastawu, Lorraine dokonywała natomiast wyceny z wyprzedzeniem.
Mimo to decydowała się kochać dalej. Nawet jeżeli świadoma była, że każde prawdziwe uczucie przybliża ją nie do szczęścia, lecz do kolejnego grobu, przy którym będzie trwać. "Moja miłość ma kształt trumny", wyznała Baldwinowi. Lorraine kochała Baldwina. Czy potrafiłaby powiedzieć ile kropel krwi uronił, malując swój przeklęty fresk? Nie, ale gotowa była przecież otworzyć dla niego własne żyły, żeby pokrwawić ścianę. Być może było to wszystko prostszym niż sądziła. Patrząc na Hjalmara, którego miłość zdawała się nieobciążoną kalkulacją zrozumiała, że miłość jest wyborem.
Zrozumiała, że już wybrała.
– ...A twoje słowa utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że jest tak samo piękna na wewnątrz, jak i na zewnątrz. – Lorraine uśmiechnęła się miękko do Hjalmara, ostatni raz przesunąwszy spojrzeniem po twarzy jego wybranki, zanim zwróciła zdjęcie. Więc byli ze sobą po słowie? Trudno było sobie wyobrazić, że bogata panna Prewett zamiast grzać się w blichtrze rodowych kasyn wolała proste życie u boku kowala. Z dala od zgiełku, z dala od błysku flesza. Równie uważnie co zdjęciu, Lorraine przyjrzała się twarzy Hjalmara, gdy ten mówił o swej ukochanej. Zachwycał blask bijący od jego szczerego oblicza. Hjalmar był jak piec buchający ciepłym ogniem. Cokolwiek podsycało jego płomień, spalało się jasno i pewnie, nie pozwalając, aby przygasł choćby na chwilę. Podobnie ognistym zdawało się spojrzenie Pandory. Choć uroda panny Prewett była zniewalającą, to ciepło jej uśmiechu czyniło ją prawdziwie piękną. Lorraine potrafiła zrozumieć, co przyciągnęło do siebie tych dwojga. Nie interes, nie koneksje rodziców, lecz uczucie.
– Jak się zapoznaliście? – spytała z czystej ciekawości Lorraine. – Wykułeś jej już pierścionek zaręczynowy? – dodała ciszej, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Nie znała przecież natury łączącej ich relacji, ale miłym było przypomnieć sobie, że miłość może prosperować nawet wtedy, gdy majaczy nad nią widmo wojny. Oboje należeli do rodów czystej krwi, więc nie powinni napotkać jednak żadnych przeciwności na swej drodze, prawda?
Być może pytania o pierścionek i zaręczyny brzmiały nieco płytko. Brzmiały jak odległe echo życia, które Lorraine wciąż potrafiła sobie wyobrazić, choć nigdy nie miało stać się jej udziałem. Wybrała przecież miłość ponad obowiązek.
Umilkła, gdy Hjalmar zaczął opowiadać o swoich rodzinnych stronach. Przysłuchiwała się uważnie, nie chcąc uronić choćby jednego słowa. Ołtarz rosnący w przestrzeni jej wyobraźni nie był wyłącznie dziełem człowieka. Stanowił cząstkę świata, która od zawsze czekała, aż ktoś nazwie ją świętą. Ołtarz nie miał być gładki ani posłuszny dłutom. Miał być skałą pamiętającą ciężar lodu, napór wiatru i ogień skryty głęboko pod powierzchnią ziemią. Skałą, która pękła tam, gdzie musiała pęknąć. W zagłębieniach, w których Hjalmar pozwoliłby kamieniowi pozostać sobą, światło zbierałoby się inaczej. W drobnych dołkach, rysach i naturalnych spękaniach, które Lorraine odruchowo porównała do nieba. Latem zawsze lubiła kryć się między korzeniami rosnącej w ogrodzie jabłoni. Opierała kark o jej wygrzany słońcem pień i patrzyła w gwiazdy. Wśród setek drobnych puncików światła rozświetlających mroki dzieciństwa szukała tego najjaśniejszego. Wpatrywała się w nie tak usilnie, że reszta świateł zaczynała aż rozmywać się w zaszłych łzami oczach. Ale wtedy, przez krótką chwilę, na niebie istniała wtedy tylko ta jedna gwiazda. Większa, jaśniejsza od pozostałych. Jeżeli bogowie rzeczywiście patrzą na ludzi, myślała Lorraine, muszą czynić to właśnie w ten sposób. Takim powinien być ich ołtarz. Gwiazdy zaklęte w pęknięciach, noc uwięziona w skale. Gdy padnie na nią ogień świec albo blade światło księżyca, wszelkie niedoskonałości zaczną migotać niczym gwiazdy osadzone w kamiennym firmamencie. Jak gdyby skała pamiętała nocne niebo i próbowała je naśladować na swój ciężki, ziemski sposób. Czy przywiązany do gruntu kamień mógł pamiętać lekkość gwiezdnego pyłu, z którego się narodził? zapytywała się półwila. Ziemia zbyt była zajęta dźwiganiem ciężaru nieba, żeby jej odpowiedzieć.
– Bogini nie bez przyczyny zwróciła się o pomoc właśnie do ciebie – stwierdziła z rozmysłem Lorraine. – Sądzę, że powinniśmy podążyć za jej wskazaniem. Za przedstawioną przez ciebie wizją. Być może zbytnio zdystansowaliśmy się w Anglii od tego, co należało niegdyś i do naszej tradycji. Nasi przodkowie modlili się w świętych gajach, w otoczeniu kamiennych kręgów. Drzewa były nam świadkami, głazy ołtarzami. Zdążyliśmy zapomnieć, że łonem Matki jest ziemia. Nie potrzeba jej innych ozdób nad te, którymi sama się przystraja. Niech więc kamień pokryje się kwietnym kobiercem. Co prawda, nie znam się na kamieniach, ale mam rękę do kwiatów. – Lorraine uśmiechnęła się lekko do Hjalmara, gotowa wysłuchać jego sugestii.